niedziela, 25 stycznia 2015

Proszę...PRZECZYTAJCIE

Hej wam! Jeżeli myślicie, że zawieszam bloga to się mylicie!!! Nigdy! Po prostu nie mam motywacji... Nie ma komentarzy i kończą mi się pomysły, a jeżeli je mam to jak pisze wychodzi jakąś tak drętwo... Nie piszę tego tylko dla siebie, ale też dla was... Widzę, ze to czytacie, ale nie mam pojęcia co myślicie, co wam się nie podoba, a co zmienić :( Wydaje mi się, że skoro nie dajecie mi komentarzy, to jest to tak koszmarne, że nie macie co mówić. 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rozdział 7


czytasz = komentujesz





***

Leżałam na czymś twardym, ale tylko nogami i pośladkami. Moje plecy były uniesione, a głowę ktoś podtrzymywał delikatnymi dłońmi. Czy żyję? To było pierwsze pytanie jaki sobie zadałam. Głosy wokół mnie były głośne i wyraźnie spanikowane. Ale jeden z nich był nad moją głowa. Drżał i szeptał do mojego ucha.. Lily obudź się to nie jest zabawne! Posłuchałam cudownego głosu i powoli otworzyłam powieki. Było kolorowo, a ścianę zdobiły malunki kwiatów rozrastających się nawet po suficie. Stoliki były w kształcie kwiatów,a krzesła pomalowane na zielono. Było bardzo kolorowo. Uśmiechnęłam się na ten widok.
-Lily?-zerknęłam w bok na osobę która mnie trzymała. Był to Justin. Jego piękne tęczówki znów zabłysły kolorem brązu wymieszanego ze złotem. W nich tańczyły iskierki nadziei. Mogłabym na nie patrzeć cały dzień.
-Justin twoje oczy...-pogładziłam jego policzek. Nie wiem czemu to robiłam. Chyba byłam jeszcze otumaniona. Justin się uśmiechnął tak uroczo, że myślałam, ze znów zemdleję. Obraz miałam już ostry, ale słuch zawadzał,a w skroniach czułam ból. Momentalnie usiadłam i chwyciłam się za głowę. Syknęłam.
-Lily co się dzieje!-powiedział spanikowany gwiazdor. Pokręciłam przecząco głową. Idiotka! Nie zna cię czemu miałby ci pomóc? Myślisz, że mu na tobie zależy? Nikt cię nie kocha, nikt za tobą nie tęskni! Głupia podświadomość. Przybyła razem z depresją. Była częścią mojego dołka psychicznego. Ale prawda była taka, ze jest częścią mnie czyli tak naprawdę w głębi duszy to ja tak myślę. Nie doceniam siebie, tego co mam, bo nie mam nic. A może tylko mi się tak wydaje?
-Moja głowa.-ponownie syknęłam. Chłopak powiedział do kogoś,aby poszedł po pomoc. Chwilę potem znów odpłynęłam. Nie wiem co się działo, ale ból był przeszywający. Nie mogłam skupić się na jednej myśli... 

***

Czasem zastanawiam się jak jest tam. Właśnie tam. Niektórzy mówią niebo i piekło. Ciekawe czy to tak jest. Może niebo i piekło to tylko mityczne miejsca. A jeśli po śmierci po prostu zaczynamy od nowa? Charakter, gesty, wygląd są podobne, ale pamięć się resetuje? W niektórych chwilach myślałam, ze niebo polega na tym, że zasypiamy i śnimy o cudownych chwilach, rzeczach i sytuacjach, a piekło to najskrytsze koszmary. A jeśli nigdy nie zdamy sobie sprawy z tego, że nie żyjemy i będziemy chodzić po świecie i myśleć, że wszyscy nas ignorują. A może niektórzy ludzie nas otaczający, to duchy? Wydaje mi się tez, ze śmierć nie przychodzi naturalnie...moim zdaniem są to stworzenia we wcieleniu ludzi, którzy obserwują nas i sami decydują kiedy nadejdzie na nas czas i zabiorą nasza dusze, a ciało zabierze ze sobą ziemia...

A jednak nie. Żyje. Już od paru minut, a może godziny, leżę na łóżku. Tak mi się wydaje. W moich nozdrzach czuję zapach odkażaczy i apteki. Czułam się dobrze, a nawet lepiej więc bez przeszkód otworzyłam oczu. Jenak po chwili je zamknęłam. Światło było białe i bardzo rażące. Przyłożyłam ręce do twarzy,a raczej próbowałam, bo ktoś jedną trzymał. Ponowiłam próbę i otworzyłam oczy, tym razem mrugając. Przede mną siedziała uśmiechająca się postać. Mimo, że była niewyraźna od razy stwierdziłam, że to Justin.

czytasz = komentujesz


sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział 6



czytasz = komentujesz


-Czemu mi się tak przyglądasz?-nie wyszłam w jego głosie złości czy irytacji. Był bardziej zaskoczony tym, ze jego osoba mnie interesuje. Co było komiczne, gdyż dwa miliardy osób na tym świecie jest jego fanem... Może nie chce tego tak dostrzegać? Pewnie stara sie choć udawać normalnego chłopaka. Szkoda tylko, ze to nie takie proste.
-Po prostu nie mogę cię rozgryźć...-i znów zanim pomyślałam to moja niewyparzona jadaczka wyklepała. Czemu ja zawsze mówię takie rzeczy. Moją twarz oblał rumieniec i ze zdenerwowania naciągnęłam rękawy bluzy na palce zaciskając pięści. Chłopak się uśmiechnął, co gdzieś w głębi mnie ucieszyło. Znów widać było te cudowne i pełne szczęścia oczy. Które nigdy by nie zwróciły na ciebie uwagi! Cholerna skaza ma rację.
-Ludzie mi mówią, że jestem jedną wielka zagadką, ale to tak jak ty. Wydaje mi się, że nie lubisz o sobie mówić...-nie wiem, co mnie naszło. Nie pytajcie, ale uśmiechnęłam się do niego i pełna energii powiedziałam do niego GŁOŚNO.
-A co chciałbyś wiedzieć?
-Osobiście to wszystko, ale że to niemożliwe to zacznij od początku.
-Więc...jestem Lily Julia Gonzales i mam 17 lat. Mieszkam w Nowym Yorku na ulicy Brooklyn. Moją najlepsza przyjaciółką jestem ja, to, że tu jestem jest zwykłym przypadkiem i... powiem ci coś w tajemnicy.-z uśmiechem pochylił mi się, bym mogła wyszeptać mu, to do ucha.-Znam osobiście Justina Drew Biebera.-poszłam dalej,a on tylko zachichotał i mnie dogonił. Kręcił na mnie z pożałowaniem głową.
-I jaki jest ten Justin?-spytał się mnie ironicznie.
-Nie mam pojęcia i nie chcę wiedzieć. Jeszcze się zapoznamy lepiej i co będzie.-chłopak wydawał się być nie w temacie, ale postanowiłam go nie wprowadzać. Machnęłam ręką , co sprawiło mi ból. Idiotka! Złapałam ją w bolącym miejscu i ścisnęłam lekko. Moja twarz wygięła się w niezadowoleniu.
-Co się....-nie dane było mu dokończyć, bo pojawił się Dan.

-Cześć wam!-poklepał mnie po plecach.-Justin możesz iść, a raczej musisz, bo twoja mama chciałaby z tobą porozmawiać. Pogadamy też o tym na zajęciach.-kiedy to mówił bawił się swoimi koralikami od włosów, machając głowa na boki. Idiota.. nie żebym miała coś przeciw lekko zacofanym ludziom...
-Nie chcę z nią rozmawiać i nie chcę rozmawiać z tobą i z kimkolwiek. Nie mam ochoty tu być!-wykrzyczał i poszedł w swoją stronę. Byłam oszołomiona. Aż tak bardzo przytłaczało go to miejsce? W sumie nie miałam pojęcia ile tu siedział i dlaczego. Może właśnie przez mamę? 
-Wybacz on nie rozumie, ze chcemy pomóc...-próbował mi wytłumaczyć, ale mu przerwałam.
-Nie, tak nie jest. Zamykacie nas tu z nadzieją, że nam pomożecie. A nawet jak wam się to uda to jest to efekt chwilowy i kończy się samobójstwem. Rodzice nas tu wysyłają, próbując się pozbyć kolejnego problemu! I powiem ci że to cholernie żałosne!-krzyknęłam i weszłam do gabinetu. Byłam zła, nie wściekła. Wszystko we mnie buzowało. Musiałam to na kogoś zrzucić. Musiałam kiedyś wybuchnąć. To normalne, ze człowiek w końcu nie wytrzymuje ciśnięcia tej całej presji, kłopotów i urazy w sobie. Musimy to z siebie wyrzucać, bo inaczej to nas zniszczy. Zniszczy nas psychicznie. To nas zje i w dodatku z wielka przyjemnością.
-Okey nawiązaliśmy kontakt wiemy już trochę co cię gryzie.-Odsunął mi fotel.
-Nic ci nie powiem.-wymamrotałam siadając na swoje miejsce.
-Przecież o nic nie pytałem.-usiadł naprzeciwko mnie i zmrużył na mnie oczy.-Co ukrywasz co?-nachylił się jeszcze bardziej.-Co posunęło się do próby samobójczej?-wzruszyłam ramionami, by pokazać mu, ze nie obchodzi mnie jego pytanie. Oczywiście, ze mnie obchodziło tylko nie chciałam mu tego pokazać. Tego jaka jestem słaba i właśnie walczę ze łzami.
-Jak długo tu będę​-wyszeptałam. To jedyne pytanie jakie do niego mam. Nie obchodzi mnie nic więcej. Chce już stąd wyjść. Nie pasuję tu. On zaś westchnął.
-Lily...zostajesz tu dopiero na obserwacji. Załóżmy na miesiąc. Jeśli nic nie stwierdzimy będziesz wolna.
-Miesiąc..-wyszeptałam sama do siebie i wstałam.
-Lily ufam ci i mam nadzieję, że dasz sobie pomóc.
-Pomóc? Błagam. Mi nie można pomóc. Jedyne co by mnie zmieniło na „lepsze”, to jakbym znalazła szczęście. Sens tego całego gówna!-wywrzeszczałam i wyszłam.

Krew we mnie buzowała, miałam ochotę w coś uderzyć. Normalnie zaczęłabym płakać i sięgnęłabym po żyletkę. Ale w tym porypanym mieście wariatów nawet nie można się zabić! Jebać to wszystko. Pobiegłam przed siebie. Wpadłam do stołówki- tak mi się zdaje- była tu masa osób. Słyszałam wszystko, ale niewyraźnie. Głosy się ze sobą mieszały. Obraz stawał się niewyraźny,a nogi się pode mną ugięły. Skronie mi pulsowały, a w głowie siedziało jedno, jedyne pytanie...czy to wreszcie koniec? Jenak kiedy moje pośladki miały zderzyć się z zimnymi kaflami w sali ktoś mnie złapał. Chciałam spojrzeć na wybawcę, ale moje powieki opadły całkowicie,a ja słyszałam ostatnie okrzyki mojego imienia. Ktoś kto je krzyczał musiał nachylać się nade mną, bo on był dominującym głosem. Chciałam otworzyć oczy, a może nie? Może chciałam, by były zamknięte na zawsze...


czytasz = komentujesz



piątek, 16 stycznia 2015

Rozdział 5

czytasz = komentujesz


-Lily mówię do ciebie.-zamrugałam wracając do świata żywych.-Pytam się czy cię oprowadzić.-powiedział wyraźnie i powoli, jakbym była przedszkolakiem. Zanim jak to ja pomyślałam, pokiwałam twierdząco głową. Coś ty narobiła Lily?Skarciłam się w myślach. Wstał z uśmiechem i podał mi dłoń.
-Czemu ze mną rozmawiasz?-to pytanie nurtuje mnie od samego poznania się. Kto normalny , a w szczególności Justin Bieber chciałby gadać z Lily Gonzales? Błagam...
-Nudno mi tu. Nie ma nikogo w moim wieku więc rozmawiam z tobą.-wzruszył ramionami uśmiechając się do mnie.
-Nudzi? Pewnie tłum fanek dobija się tu do drzwi!-Lily myśl logicznie kiedy tu przyszłaś nie był żywej duszy. Skaza znów dała o sobie znać. Hmm.. pewnie nikt nie wie, że tu jest. W końcu kto chciałby mieć na głowie tłum krzyczących dziewczyn?
-Nie raczej nie. Nikt nie wie gdzie jestem oprócz mamy i menadżera..-uśmiechnął się do mnie i po raz setny dzisiejszego dnia wzruszył ramionami.
-Przestań.-powiedziałam, krótko obdarzając go spojrzeniem. Jego oczy się śmiały. Nie mam pojęcia co tu robi. Jest wesoły i zachowuje się normalnie...chyba, że tak długo byłam w samotności, że nie wiem jak zachowuje się normalny człowiek.
-Ale co?-jęknęłam, bo znów powtórzył czynność.
-Udawać, że jest ci to obojętne. Wzruszasz ramionami udając, że ci nie zależy, ale tam w głębi..-pokazałam palcem na jego serce.-Cieszysz się jak małe dziecko, bo masz wsparcie.
-Może masz racje...
-Nie mogę mieć stu procentowej racji. Nie jestem Bogiem, by ją mieć.
-Możesz. Bóg dał nam możliwość dochodzenia do czegoś. Więc z niej korzystajmy.-widziałam, że powstrzymał się od wzruszenia ramionami, co mnie ucieszyło. Skoro tego nie zrobił znaczy, że mnie szanuje. Mnie i moje słowa. Najwidoczniej nie należy do gwiazd, które szanują tylko osoby z kasą.. Znaczy „szanują” , przy nich są miłe, a potem mówią jak to ich nie lubią i są wkurzający.
-Chodź musisz iść do Dana.-znów chciał mnie chwycić za dłoń, ale ja ,aż zrobiłam krok w tył.
-Przepraszam.-spuściłam głowę, on jakby nie widział za co przepraszam...jedynie dziwnie na mnie spojrzał i otworzył mi drzwi. Wyszłam z pomieszczenia i już nie musiałam dźwigać tych cholernych walizek.


Pospiesznie wyszłam z pokoju i wciąż patrzyłam tylko i wyłącznie na swoje buty. Justin nadal był speszony moim zachowaniem. Zauważyłam ,że kiedy  obok mnie przeszedł spiął, a włoski na jego karku się uniosły. Czyżby czuł do mnie taką niechęć? Może ze mną naprawdę jest..coś nie tak. Wyglądam chyba normalnie, ale moje zachowanie? Nie mam pojęcia co mówić jakie gesty wykonywać. Ostatni rok, tak naprawdę byłam w odosobnieniu. Justin nic nie mówił. Wcześniej milczenie wydawało mi się dobrym rozwiązaniem na..właściwie wszystko, ale teraz jest to jak męczarnia. Chyba wolałabym, jakby ktoś się nade mną znęcał fizycznie. Chłopak znów był zgaszony w oczach. Jego piękne, śnieżnobiałe zęby, chowały się za pełnymi, malinowymi wargami w kształcie serca. Zastanawia mnie tylko o czym myślał. Raz jest wesoły, szczęśliwy, a raz cichy nawet nie otwiera buzi.

czytasz = komentujesz


Rozdział 4

czytasz = komentujesz


 Niektórzy uważają, że prawdziwe uśmiechy nie istnieją. Że są tylko te fałszywe,a prawdę mówią tylko oczy. Wcale tak nie uważam. Na przykład, oczy Justina nie mówią nic. Absolutnie też nie zgadzam się z tym, że uśmiech zawsze jest nie prawdziwy. Łatwo jest odróżnić prawdę od fałszu. Kiedy ktoś uśmiecha się naprawdę, robi to nieświadomie i a jego oczy błyszczą i powiększają się,a kiedy kłamie..robi to z opóźnieniem i jest bardzo, ale to bardzo sztuczny. Tak samo jest ze śmiechem.

-Justin odprowadzisz Lily do pokoju 18,,a potem do mojego gabinetu? Chłopak spojrzał na mnie i..nie wierzę uśmiechnął się. Zobaczyłam małe iskierki tańczące w jego oczach. Jenak nie chciałam tego. Nie chciałam, by ktoś mnie poznał. Ludzie mówią ci, że zostaną na zawsze, że nigdy cię nie zostawią, a potem...znikają i zapominają. Mało kto w tych czasach jest szczery i dotrzymuje obietnicy. Nie mówię, że każdy taki jest, ale znaczna większość.

Chłopak chciał chwycić mnie za dłoń, ale ją odsunęłam. Nie lubiłam kiedy ktoś mnie dotykał. Nie, że jestem nienormalna, ale to po prostu boli. Moje nadgarstki bolą nawet kiedy po coś sięgam. Nie lepiej jest z udami. To wszystko lekko mnie ogranicza. Nie mogę wyjść na plażę i przestać być tak bladą, pójść na basen, w lato ubrać ramiączek i krótkich szortów. Chłopak lekko się tym speszył. Spuściłam głowę i ruszyłam pierwsza mimo że nie wiedziałam dokładnie gdzie..Miał dość tej niezręcznej ciszy, więc poszłam. Justin dogonił mnie choć dopiero po chwili. Nad czym myślał?

-A więc..-spojrzał na mnie i szybko wlepił wzrok w ręce i znów miętolił swoje bransoletki.-Nazywasz się Lily?-pokiwałam głową nie chcąc nic mówić. Możecie uznać mnie za leniwą, ale jestem tak zmęczona dzisiejszym dniem, ze nie chciało mi się mówić.-Jestem Justin, ale to pewnie wiesz.-zerknął na mnie, a ja dalej patrzyłam na niego. Uśmiechał się, ale widać było, że z bólem. Boli go to, że nawet nie może się przedstawić nowo poznanej dziewczynie.
-Nie do końca..-dostałam chrypki więc raczej nie słyszał. Odchrząknęłam i chciałam spojrzeć na niego by wiedzieć czy słyszał.
-Co mówiłaś? Wybacz, ale nie słyszałem.-połknęłam ślinę. Nie umiem rozmawiać z ludźmi. Za dużo czasu spędzałam w samotności. Sama ze sobą.
-Nie znam twojego pełnego imienia.-Lily co ty robisz? Miałaś z nikim nie nawiązywać kontaktu! Mówiła skaza, ale jakąś tak...chciałam nim rozmawiać. Wydawał się być...jak nieodkryty kawałek lądu. A ja chciałam go odkryć, ale jak mam to zrobić skoro sama nie jestem odkryta?
-Justin Drew Bieber.-ukłonił się przede mną. Chyba już wiecie jaka jestem, a mimo tego zachichotałam.
-Ładnie wyglądasz kiedy się uśmiechasz.-zmieszał się.-Znaczy wyglądasz ładnie w ogóle,  ale kiedy się uśmiechasz ładniej. Znaczy nie, że bez gorzej..-zaczął się jąkać. Podniosłam na niego brew.
-Rozumiem.-spalił buraka,a ja zobaczyłam, że drzwi obok to numer 18. Przekręciłam klamkę i skóra na nadgarstku zabolała. Niezauważalnie skrzywiłam twarz, ale szybko to zmieniłam.

 Weszłam ostrożnie do środka. A Justin nadal zawstydzony sytuacją schylił twarz, bym nie widziała jaki jest różowy. Szkoda. Bo wyglądał w nich uroczo...Lily uroczo błagam..Chyba nie myślisz, że masz u niego szansę? Nie ta półka!

Usiadłam na łóżko i rozejrzałam się po pokoju. Był jednoosobowy, ale to plus. Był w odcieniach zieleni. Łóżka były szpitalne. Szafki zrobione z metalowych rur oprócz komody naprzeciwko mnie. Na suficie wisiała wyjątkowo obrzydliwa lampa. Justin zrezygnowany usiadł obok. Nie wiedziałam czego ode mnie chce. Boże pokazał mi pokój i na tym nasza znajomość powinna się skończyć. Chyba nie chcę go poznawać bliżej... Kiedyś miałam przyjaciela, ale kiedy dopadła mnie depresja okazał się być tchórzem i odwrócił się ode mnie. Nie wiem od czego to zależy, ale wszystko czego się podejmę kończy się porażką. I tak byłoby teraz, jakbym się z nim..powiedzmy zaprzyjaźniła. Matko zdecyduj się raz chcesz się z nim przyjaźnić, raz nie chcesz go znać! Jesteś okropna! Odezwała się skaza.


czytasz = komentujesz


niedziela, 11 stycznia 2015

INFORMACJA!!!!

Jest to dla mnie bardzo ważne!!!! Chcę, abyście odwiedzili moją stronę na Facebooku. Będę tam zamieszczać informacje o blogu! Gorąco zapraszam i mam nadzieję, że wpadniecie. Nie chcę dawać ich tu, bo wiem, ze i tak każdy je omija.... Do zobaczenia! Na dole macie linka :)

 https://www.facebook.com/LilyGonzalesiJustinBieber/manager/

Rozdział 3

  

czytasz = komentujesz


Oczami Lily

Chodzę tu jak samotna dusza od parunastu minut. Ręce bolą mnie od noszenia walizek. Przemieszczam się pomiędzy szaro-zielonymi korytarzami i szukam pokoju numer 18. Ręce mnie rozbolały. Byłam obok krzeseł na których wcześniej siedział chłopak, lecz go już nie było. Ale ty głupia mogłaś się spytać! Tylko, że ja najpierw robię, a potem myślę. Zjechałam plecami po ścianie i schowałam głowę między kolanami. Nie płakałam, tylko myślałam. Zawsze w tej pozycji wszystko przychodzi mi łatwiej. Właśnie szedł jakiś starszy pan w dziwnej czapce i koziej brodzie. Na końcu długich włosów miał przyczepione koraliki. Na sobie miał zapiętą pod samą szyję szara koszulę i beżowe spodnie. Wyglądał jak jakiś...hipis. Teraz, albo nigdy!Wstałam i chwiejnym krokiem podeszłam do mężczyzny. Jak mam w zwyczaju kiedy się denerwuję naciągnęłam rękawy bluzy na palce i zacisnęłam pięści.

-Wie pan gdzie jest pokój numer osiemnaście?-wzrok miałam wlepiony w podłogę. Gorzej będzie jeśli facet okaże się kompletnym szaleńcem i mnie wyśmieje.
-A panienka nie ma na imię Lily Gonzales?-pokiwałam nerwowo głową.-Jestem Dan. Dan Miler. Jestem twoim takim...opiekunem. Będziesz miała ze mną i paroma innymi osobami spotkania raz dziennie. Zaprowadzę cię do pokoju.-wciąż się uśmiechał. Już wiem jaki to typ. To rodzaj człowieka, który wszędzie widzi coś pozytywnego. Nie przejmuję cie problemami, a jeśli tak to stara się o nich zapomnieć i rozwiązać je przez zabawę. Wydaję mu się, że każdy będzie go lubić. I zazwyczaj tak jest. Osobiście całkiem lubię takie osoby. Często można znaleźć u nich wsparcie.-Jesteś małomówna. Ciesz się chwilą.-Nachylił mi się do ucha.-Zbieraj punkty.
-Jakie..-odkaszlnęłam, bo od niemówienia mój głos przypominał szept.-Jakie punkty?
-Dostajesz je za bycie optymistą, uczestniczenie w zajęciach dodatkowych i takie tam.-powiedział głos obok mnie. Odwróciłam powoli głowę i zobaczyłam samego Justina.
-Odezwałeś się no proszę.-wykrzyknął Dan.-Wiedziałem, że znudzi ci się milczenie całymi dniami.
-Nie milczałem...-jego wzrok był pusty kiedy patrzył w stronę mężczyzny. Jego piękne karmelowe tęczówki,- Matko o czym ty myślisz Lily?! -Wpatrywały się tępo w Dona. Wyglądał jak wrak człowieka, zarost z około 5 dni, blady z podkrążonymi oczami. Czy ja też tak wyglądam. Spojrzałam na swoje ubrania. Były sprane i pogniecione. Nie byłam fanką zakupów. Moje trampki.. noszę je już sporo, choć mam ich w domu wiele.
-Śpiew w sumie nie zalicza się do mowy...ale cóż może w końcu odezwiesz się na zajęciach.
-Nie wymagaj za dużo.-Justin prawie niezauważalnie uniósł kąciki swoich ust do góry, jednak ja zawsze zwracam na to uwagę.

czytasz = komentujesz




Rozdział 2

czytasz = komentujesz


Oczami Lily

Nie odzywałam się do nich od wczoraj. Właśnie wysiadam z samochodu i stojąc przed budynkiem o nazwie " zakład psychiatryczny" i wiecie co? Czuje się jak kompletny świr. Ścisnęłam w ręce moje walizki zamykam w oczy. Chcę się obudzić no dalej. Lily dawaj obudź się! Modliłam się w myślach. Poczułam męską dłoń pomiędzy łopatkami lekko popychającą mnie do przodu. Wypuściłam głośno powietrze i ruszyłam przed siebie. Lily dawaj masz jeszcze szansę! Możesz uciec. Jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. To nic by nie dało. Wszyscy dobrze wiemy, że naprawdę dręczy mnie depresja. Chciałabym być „zdrowa na umyśle. Umieściłam to cudzysłowie bo tak naprawdę nie ma człowieka zdrowego. Każdy ma takie małe...uszkodzenie. Zatrzymałam się z rodzicami w recepcji. Za recepcja siedziała starsza może siedemdziesięcioletnia kobieta. Miała białe włosy skręcone w koka. Jej twarz wskazywała na jej wiek, była pokryta wieloma zmarszczkami. Wyglądała zwyczajnie, ale jej oczy były takie duże i zielone. Kryły w sobie tajemnice. Pierwszy raz od bardzo dawna uważałam coś za piękne. Uśmiechnęła się do mnie współczująco gdy zauważyła, że trzymam walizki.

-Dzień dobry.-powiedział do niej mój ojciec.-Dzwoniliśmy do pani i zapisaliśmy na odział depresyjny Lily Gonzales.-kobieta znów spojrzała na mnie. Pewnie pomyślała sobie że jestem na to za młoda i świat jest niesprawiedliwy. Lekko wykrzywiłam do niej kąciki ust, a ona uśmiechnęła się do mnie blado. Lubię starszych ludzi, nie zadają głupich pytań. Wiedzą kiedy cierpimy,a kiedy jesteśmy szczęśliwi nad życie. Swoje przeżyli i zdają sobie sprawę z tego kiedy należy przestać o czymś mówić, czy wypytywać. Wiedziałam, ze to pewnie będzie jedyna miła osoba w tym miejscu miałam nadzieję, że będę mogła z nią czasem pogadać.

-Dzień dobry. Tak powiadomiono mnie. Skarbie czwarte piętro pokój osiemnasty. Jak nie będziesz mogła znaleźć spytaj kogoś ludzie tu są bardzo mili.-podała mi zielone kluczyki z napisem „Nr 18”.
-Dziękuję pani...
-Heleno.-dokończyła za mnie.
-Heleno.-wyszeptałam pod nosem by zapamiętać. Nawet się nie odwróciłam kiedy rodzice chcieli się pożegnać. Nie miałam na to ochoty. A poza tym według mnie to bez sensu. Żegnać powinno się z kimś wtedy kiedy już się nie zobaczy. Może oni cię już nigdy nie zechcą? Nie pomyślałaś o tym Lily? Moja podświadomość dała o sobie przypomnieć w jak zwykle niemiły sposób. A bo wy się nie znacie. Moja druga ja. Mówię na nią skaza. Choć czasem się zastanawiam czy to ona nie jest prawdziwa Lili Gonzales....

Na moje szczęście budynek był zaopatrzony w windę. Wcisnęłam czwarte piętro jak powiedział pani Helena. Żelazne drzwi windy się rozsunęły. A ja nie miałam pojęcia nawet w która stronę pójść. Każdy tu wydawał się jakiś obłąkany Wyglądali jak wrak człowieka. Taki żywy trup. Są ciała, ale człowiek już z nich uleciał. Czy ja też się tak zachowuję? Chodzę bez celu po pokoju? Do nikogo się nie odzywam? Nie zdawałam sobie sprawy jak się zachowuję do teraz. Rzadko kiedy wystawiałam nos poza pokój. To wydawało mi się zbędne. I nadal mi się takie wydaje. Dla kogo mam stamtąd wychodzić? Dla rodziców którzy mnie nie chcą, dla przyjaciół którzy nie istnieją? Czy może dla psa którego nie mam?

Na przeciwko mnie siedział chłopak. Wyglądał na może 17 lat. Miał ciemne, blond włosy postawione delikatnie do góry, malinowe pełne usta w kształcie serca, karmelowe oczy smutnie patrzące w podłogę. Jego ręce gdzie, nie gdzie miały tatuaże. Ubrany był w biała koszulkę z trójkątnym dekoltem i czarne rurki. Na nogach miał supry. Od razu można było poznać, że to Justin Biebier.Kocham jego muzykę, ale nie jestem jego fanką. Nie znam go i taka jest prawda. Człowiek jak człowiek. Czasem zastanawiałam się jak oni sobie radzą. Na każdym kroku zastawieni paparazzi. To jest straszne. Nie mogą spokojnie wyjść na miasto, bo nie mają własnego życia. Ciekawe kiedy ostatnio poszedł z kolegami na imprezę i się zabawił. On nawet nie może wypić tak, by nie wiedział o tym cały świat. W tym momencie wydawał się najbardziej odpowiednią osobą o spytanie się o drogę. Spytałabym się, gdybym miała ochotę z kimkolwiek rozmawiać. Przeszłam obojętnie obok niego. Kątem oka zobaczyłam jak podnosi wzrok znad poniszczonych bransoletek. Były czarne. Na jednej widniał księżyc,a na drugim noc. Wydawało mi się, że na ich tyłach widniały napisy, ale odległość była zbyt duża by je odczytać.

czytasz = komentujesz



Rozdział 1

czytasz = komentujesz


Oczami Lily

Mieliście kiedyś wrażenie, że wszystko wokół was jest szare, nie macie poco żyć, oddychać. Bo to wcale nie jest tak, że życie i oddychanie to to samo. Istnieć nie znaczy żyć do oddychania zostajemy nie mal że zmuszeni a żyje tylko człowiek który tego chce.

Wszystkiego się odechciewa, myślicie, że to tylko chwilowe. Zaczynacie zagłębiać się w samotność a rzeczy które kiedyś były przyjemne, są teraz udręką. Mimo to odgrywacie nędzną imitację życia, staracie się by każdy uwierzył, że wasz uśmiech jest prawdziwy. Tak naprawdę rani was, że rodzice nie zauważają pociętych nadgarstków i tabletek które chowacie pod łóżkiem tak na wszelki wypadek. Płacz staje się codzienną rutyną, i czujecie, że przyjaciele się martwią ale przestają być dla was ważni. Taka jestem właśnie ja. Lily Gonzales. Większość ludzi myśli, że jestem przeciętną piętnastolatką, ale w rzeczywistości nigdy nie spróbowałam tego "życia ". I jeszcze ta choroba...
 
Niczym duch weszłam do pokoju, wsunęłam rękę pod łóżko. Nie fatygowałam się by zamknąć się w toalecie, po prostu usiadłam u jego stóp. Wyspałam z okrągłego pudełeczka prawie wszystkie czarno-białe tabletki w kapsułkach. Przez dłuższą chwilę spoglądałam na moją dłoń. Pomyślałam o rzeczach których nigdy nie spróbuję. Papierosy, alkohol, pierwszy pocałunek, miłość, nigdy już nie zobaczę mamy, taty. Przybliżyłam tabletki do ust i przymknęłam oczy.
 
-Żegnajcie...-włożyłam je do buzi.
 
-Co ty robisz?! wypluj to!-moja mama wpadła do pokoju i siłą wyciągnęła mi tabletki z ust.
 
-Ja nie chcę, ja już nie mogę...
 
****
 
Byłam w swoim pokoju, siedziałam oparta plecami o drzwi i nasłuchiwałam rozmowy rodziców. Słyszałam drgający od płaczu głos mamy i stanowczy, ale zawiedziony głos taty.
 
-Jak mogliśmy nic nie zauważyć. Jej nadgarstki, obniżyły się oceny w szkole....-jej głos się załamał.
 
-To nie twoja wina, to mnie wciąż nie ma w domu. Myślę, że ma depresje. Ostatnio schudła jak piórko.-to prawda nie jem zbyt dużo. Jedyne posiłki jakie przyjmowałam były w sobotę i niedzielę, bo wtedy kontrolę mieli rodzice, a nie szkoła.
 
-Myślisz, że dobrym pomysłem będzie oddanie jej pod oko lekarzy...-powiedziała to dosyć niepewnie. Moja rodzona matka chciała mnie oddać do psychiatryka. Łzy (które były codziennością) spłynęły po moich policzkach. Moje gardło się zacisnęło, a powieki bolały od ciągłego powstrzymywania łez. Wstałam niezgrabnie i szybko na równe nogi. Chwyciłam klamkę i uderzyłam drzwiami o ścianę mojego pokoju. Weszłam jak bomba do kuchni gdzie siedzieli moi rodzice.
 

-Chcecie mnie oddać do psychiatryka?!-ryknęłam-Jasne najlepiej! Zawsze jak pojawia się jakiś problem najlepiej odsunąć go jak najdalej od siebie, dać komuś innemu do zamartwiania się. Wiecie co? Przerwaliście mi najszczęśliwszy moment w życiu!-wiedziałam, ze to co powiedziałam sprawiło im ból. Wiem że to co robiłam jak się zachowywałam było dla nich ciężkie i przykre. Co ja mam powiedzieć? Przykro mi, okey?

                                  czytasz = komentujesz


Bohaterowie i prolog

Justin Bieber 17 lat.



Lily Gonzales 17 lat.

Lily Gonzales trafia na oddział psychiatryczny. Popadła w depresje. Cały jej świat, który i tak był zrujnowany wali się do końca. Jednak w jej życiu pojawia się Justin. Również ma depresję. Kiedy się spotykają nic nie wskazuje na to, że się zaprzyjaźnią. Czy Lily przestanie się okaleczać i odnajdzie sens życia, czy dowie się co robi tu Justin? Dowiesz się czytając: http://kochamzyciebojestbezsensu.blogspot.com/