niedziela, 25 stycznia 2015
Proszę...PRZECZYTAJCIE
Hej wam! Jeżeli myślicie, że zawieszam bloga to się mylicie!!! Nigdy! Po prostu nie mam motywacji... Nie ma komentarzy i kończą mi się pomysły, a jeżeli je mam to jak pisze wychodzi jakąś tak drętwo... Nie piszę tego tylko dla siebie, ale też dla was... Widzę, ze to czytacie, ale nie mam pojęcia co myślicie, co wam się nie podoba, a co zmienić :( Wydaje mi się, że skoro nie dajecie mi komentarzy, to jest to tak koszmarne, że nie macie co mówić.
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Rozdział 7
czytasz = komentujesz
***
Leżałam
na czymś twardym, ale tylko nogami i pośladkami. Moje plecy były
uniesione, a głowę ktoś podtrzymywał delikatnymi dłońmi. Czy
żyję? To było pierwsze pytanie jaki sobie zadałam. Głosy wokół
mnie były głośne i wyraźnie spanikowane. Ale jeden z nich był
nad moją głowa. Drżał i szeptał do mojego ucha.. Lily obudź się
to nie jest zabawne! Posłuchałam cudownego głosu i powoli
otworzyłam powieki. Było kolorowo, a ścianę zdobiły malunki
kwiatów rozrastających się nawet po suficie. Stoliki były w
kształcie kwiatów,a krzesła pomalowane na zielono. Było bardzo
kolorowo. Uśmiechnęłam się na ten widok.
-Lily?-zerknęłam
w bok na osobę która mnie trzymała. Był to Justin. Jego piękne
tęczówki znów zabłysły kolorem brązu wymieszanego ze złotem. W
nich tańczyły iskierki nadziei. Mogłabym na nie patrzeć cały
dzień.
-Justin
twoje oczy...-pogładziłam jego policzek. Nie wiem czemu to robiłam.
Chyba byłam jeszcze otumaniona. Justin się uśmiechnął tak
uroczo, że myślałam, ze znów zemdleję. Obraz miałam już ostry, ale
słuch zawadzał,a w skroniach czułam ból. Momentalnie usiadłam i
chwyciłam się za głowę. Syknęłam.
-Lily
co się dzieje!-powiedział spanikowany gwiazdor. Pokręciłam
przecząco głową. Idiotka! Nie zna cię czemu miałby ci pomóc?
Myślisz, że mu na tobie zależy? Nikt cię nie kocha, nikt za tobą
nie tęskni! Głupia
podświadomość. Przybyła razem z depresją. Była częścią
mojego dołka psychicznego. Ale prawda była taka, ze jest częścią
mnie czyli tak naprawdę w głębi duszy to ja tak myślę. Nie
doceniam siebie, tego co mam, bo nie mam nic. A może tylko mi się
tak wydaje?
-Moja
głowa.-ponownie syknęłam. Chłopak powiedział do kogoś,aby
poszedł po pomoc. Chwilę potem znów odpłynęłam. Nie wiem co się
działo, ale ból był przeszywający. Nie mogłam skupić się na
jednej myśli...
***
Czasem
zastanawiam się jak jest tam. Właśnie tam. Niektórzy mówią
niebo i piekło. Ciekawe czy to tak jest. Może
niebo i piekło to tylko mityczne miejsca. A jeśli po śmierci po
prostu zaczynamy od nowa? Charakter, gesty, wygląd są podobne, ale
pamięć się resetuje? W niektórych chwilach myślałam, ze niebo
polega na tym, że zasypiamy i śnimy o cudownych chwilach, rzeczach
i sytuacjach, a piekło to najskrytsze koszmary. A jeśli nigdy nie
zdamy sobie sprawy z tego, że nie żyjemy i będziemy chodzić po
świecie i myśleć, że wszyscy nas ignorują. A może niektórzy
ludzie nas otaczający, to duchy? Wydaje mi się tez, ze śmierć nie
przychodzi naturalnie...moim zdaniem są to stworzenia we wcieleniu
ludzi, którzy obserwują nas i sami decydują kiedy nadejdzie na nas
czas i zabiorą nasza dusze, a ciało zabierze ze sobą ziemia...
A
jednak nie. Żyje. Już od paru minut, a może godziny, leżę na
łóżku. Tak mi się wydaje. W moich nozdrzach czuję zapach
odkażaczy i apteki. Czułam się dobrze, a nawet lepiej więc bez
przeszkód otworzyłam oczu. Jenak po chwili je zamknęłam. Światło
było białe i bardzo rażące. Przyłożyłam ręce do twarzy,a
raczej próbowałam, bo ktoś jedną trzymał. Ponowiłam próbę i
otworzyłam oczy, tym razem mrugając. Przede mną siedziała
uśmiechająca się postać. Mimo, że była niewyraźna od razy
stwierdziłam, że to Justin.
czytasz = komentujesz
sobota, 17 stycznia 2015
Rozdział 6
czytasz = komentujesz
-Czemu mi się
tak przyglądasz?-nie wyszłam w jego głosie złości czy irytacji.
Był bardziej zaskoczony tym, ze jego osoba mnie interesuje. Co było komiczne, gdyż dwa miliardy osób na tym świecie jest jego fanem... Może nie chce tego tak dostrzegać? Pewnie stara sie choć udawać normalnego chłopaka. Szkoda tylko, ze to nie takie proste.
-Po prostu nie
mogę cię rozgryźć...-i znów zanim pomyślałam to moja
niewyparzona jadaczka wyklepała. Czemu ja zawsze mówię takie
rzeczy. Moją twarz oblał rumieniec i ze zdenerwowania naciągnęłam
rękawy bluzy na palce zaciskając pięści. Chłopak się
uśmiechnął, co gdzieś w głębi mnie ucieszyło. Znów widać
było te cudowne i pełne szczęścia oczy. Które nigdy by nie
zwróciły na ciebie uwagi! Cholerna skaza ma rację.
-Ludzie mi mówią,
że jestem jedną wielka zagadką, ale to tak jak ty. Wydaje mi się,
że nie lubisz o sobie mówić...-nie wiem, co mnie naszło. Nie
pytajcie, ale uśmiechnęłam się do niego i pełna energii
powiedziałam do niego GŁOŚNO.
-A co chciałbyś
wiedzieć?
-Osobiście to
wszystko, ale że to niemożliwe to zacznij od początku.
-Więc...jestem
Lily Julia Gonzales i mam 17 lat. Mieszkam w Nowym Yorku na ulicy
Brooklyn. Moją najlepsza przyjaciółką jestem ja, to, że tu
jestem jest zwykłym przypadkiem i... powiem ci coś w tajemnicy.-z
uśmiechem pochylił mi się, bym mogła wyszeptać mu, to do
ucha.-Znam osobiście Justina Drew Biebera.-poszłam dalej,a on
tylko zachichotał i mnie dogonił. Kręcił na mnie z pożałowaniem
głową.
-I jaki jest ten
Justin?-spytał się mnie ironicznie.
-Nie mam pojęcia
i nie chcę wiedzieć. Jeszcze się zapoznamy lepiej i co
będzie.-chłopak wydawał się być nie w temacie, ale postanowiłam
go nie wprowadzać. Machnęłam ręką , co sprawiło mi ból.
Idiotka! Złapałam ją w bolącym miejscu i ścisnęłam
lekko. Moja twarz wygięła się w niezadowoleniu.
-Co się....-nie
dane było mu dokończyć, bo pojawił się Dan.
-Cześć
wam!-poklepał mnie po plecach.-Justin możesz iść, a raczej
musisz, bo twoja mama chciałaby z tobą
porozmawiać. Pogadamy też o tym na zajęciach.-kiedy to mówił
bawił się swoimi koralikami od włosów, machając głowa na boki. Idiota.. nie żebym miała coś przeciw lekko zacofanym ludziom...
-Nie chcę z nią
rozmawiać i nie chcę rozmawiać z tobą i z kimkolwiek. Nie mam
ochoty tu być!-wykrzyczał i poszedł w swoją stronę. Byłam
oszołomiona. Aż tak bardzo przytłaczało go to miejsce? W sumie nie miałam pojęcia ile tu siedział i dlaczego. Może właśnie przez mamę?
-Wybacz on nie
rozumie, ze chcemy pomóc...-próbował mi wytłumaczyć, ale mu
przerwałam.
-Nie, tak nie
jest. Zamykacie nas tu z nadzieją, że nam pomożecie. A nawet jak
wam się to uda to jest to efekt chwilowy i kończy się
samobójstwem. Rodzice nas tu wysyłają, próbując się pozbyć
kolejnego problemu! I powiem ci że to cholernie żałosne!-krzyknęłam i weszłam do gabinetu. Byłam zła, nie wściekła. Wszystko we mnie buzowało. Musiałam to na kogoś zrzucić. Musiałam kiedyś wybuchnąć. To
normalne, ze człowiek w końcu nie wytrzymuje ciśnięcia tej całej
presji, kłopotów i urazy w sobie. Musimy to z siebie wyrzucać, bo
inaczej to nas zniszczy. Zniszczy nas psychicznie. To nas zje i w
dodatku z wielka przyjemnością.
-Okey
nawiązaliśmy kontakt wiemy już trochę co cię gryzie.-Odsunął
mi fotel.
-Nic ci nie
powiem.-wymamrotałam siadając na swoje miejsce.
-Przecież o nic
nie pytałem.-usiadł naprzeciwko mnie i zmrużył na mnie oczy.-Co
ukrywasz co?-nachylił się jeszcze bardziej.-Co posunęło się do
próby samobójczej?-wzruszyłam ramionami, by pokazać mu, ze nie
obchodzi mnie jego pytanie. Oczywiście, ze mnie obchodziło tylko
nie chciałam mu tego pokazać. Tego jaka jestem słaba i właśnie
walczę ze łzami.
-Jak
długo tu będę-wyszeptałam. To jedyne pytanie jakie do niego
mam. Nie obchodzi mnie nic więcej. Chce już stąd wyjść. Nie
pasuję tu. On zaś westchnął.
-Lily...zostajesz
tu dopiero na obserwacji. Załóżmy na miesiąc. Jeśli nic nie
stwierdzimy będziesz wolna.
-Miesiąc..-wyszeptałam
sama do siebie i wstałam.
-Lily
ufam ci i mam nadzieję, że dasz sobie pomóc.
-Pomóc?
Błagam. Mi nie można pomóc. Jedyne co by mnie zmieniło na
„lepsze”, to jakbym znalazła szczęście. Sens tego całego
gówna!-wywrzeszczałam i wyszłam.
Krew
we mnie buzowała, miałam ochotę w coś uderzyć. Normalnie
zaczęłabym płakać i sięgnęłabym po żyletkę. Ale w tym
porypanym mieście wariatów nawet nie można się zabić! Jebać to
wszystko. Pobiegłam przed siebie. Wpadłam do stołówki- tak mi się
zdaje- była tu masa osób. Słyszałam wszystko, ale niewyraźnie.
Głosy się ze sobą mieszały. Obraz stawał się niewyraźny,a nogi
się pode mną ugięły. Skronie mi pulsowały, a w głowie
siedziało jedno, jedyne pytanie...czy to wreszcie koniec? Jenak
kiedy moje pośladki miały zderzyć się z zimnymi kaflami w sali
ktoś mnie złapał. Chciałam spojrzeć na wybawcę, ale moje
powieki opadły całkowicie,a ja słyszałam ostatnie okrzyki mojego
imienia. Ktoś kto je krzyczał musiał nachylać się nade mną, bo
on był dominującym głosem. Chciałam otworzyć oczy, a może nie?
Może chciałam, by były zamknięte na zawsze...
czytasz = komentujesz
piątek, 16 stycznia 2015
Rozdział 5
czytasz = komentujesz
-Lily mówię do
ciebie.-zamrugałam wracając do świata żywych.-Pytam się czy cię
oprowadzić.-powiedział wyraźnie i powoli, jakbym była
przedszkolakiem. Zanim jak to ja pomyślałam, pokiwałam twierdząco
głową. Coś ty narobiła Lily?Skarciłam się w myślach.
Wstał z uśmiechem i podał mi dłoń.
-Czemu ze mną
rozmawiasz?-to pytanie nurtuje mnie od samego poznania się. Kto
normalny , a w szczególności Justin Bieber chciałby gadać z Lily
Gonzales? Błagam...
-Nudno mi tu. Nie
ma nikogo w moim wieku więc rozmawiam z tobą.-wzruszył ramionami
uśmiechając się do mnie.
-Nudzi? Pewnie
tłum fanek dobija się tu do drzwi!-Lily myśl logicznie kiedy tu
przyszłaś nie był żywej duszy. Skaza znów dała o sobie
znać. Hmm.. pewnie nikt nie wie, że tu jest. W końcu kto chciałby
mieć na głowie tłum krzyczących dziewczyn?
-Nie raczej nie.
Nikt nie wie gdzie jestem oprócz mamy i menadżera..-uśmiechnął
się do mnie i po raz setny dzisiejszego dnia wzruszył ramionami.
-Przestań.-powiedziałam,
krótko obdarzając go spojrzeniem. Jego oczy się śmiały. Nie mam
pojęcia co tu robi. Jest wesoły i zachowuje się normalnie...chyba,
że tak długo byłam w samotności, że nie wiem jak zachowuje się
normalny człowiek.
-Ale
co?-jęknęłam, bo znów powtórzył czynność.
-Udawać, że
jest ci to obojętne. Wzruszasz ramionami udając, że ci nie zależy,
ale tam w głębi..-pokazałam palcem na jego serce.-Cieszysz się
jak małe dziecko, bo masz wsparcie.
-Może masz
racje...
-Nie mogę mieć
stu procentowej racji. Nie jestem Bogiem, by ją mieć.
-Możesz. Bóg
dał nam możliwość dochodzenia do czegoś. Więc z niej
korzystajmy.-widziałam, że powstrzymał się od wzruszenia
ramionami, co mnie ucieszyło. Skoro tego nie zrobił znaczy, że
mnie szanuje. Mnie i moje słowa. Najwidoczniej nie należy do
gwiazd, które szanują tylko osoby z kasą.. Znaczy „szanują” ,
przy nich są miłe, a potem mówią jak to ich nie lubią i są
wkurzający.
-Chodź musisz
iść do Dana.-znów chciał mnie chwycić za dłoń, ale ja ,aż
zrobiłam krok w tył.
-Przepraszam.-spuściłam
głowę, on jakby nie widział za co przepraszam...jedynie dziwnie na
mnie spojrzał i otworzył mi drzwi. Wyszłam z pomieszczenia i już
nie musiałam dźwigać tych cholernych walizek.
Pospiesznie
wyszłam z pokoju i wciąż patrzyłam tylko i wyłącznie na swoje
buty. Justin nadal był speszony moim zachowaniem. Zauważyłam ,że
kiedy obok mnie przeszedł spiął, a włoski na jego karku
się uniosły. Czyżby czuł do mnie taką niechęć? Może ze mną
naprawdę jest..coś nie tak. Wyglądam chyba normalnie, ale moje
zachowanie? Nie mam pojęcia co mówić jakie gesty wykonywać.
Ostatni rok, tak naprawdę byłam w odosobnieniu. Justin nic nie
mówił. Wcześniej milczenie wydawało mi się dobrym rozwiązaniem
na..właściwie wszystko, ale teraz jest to jak męczarnia. Chyba
wolałabym, jakby ktoś się nade mną znęcał fizycznie. Chłopak
znów był zgaszony w oczach. Jego piękne, śnieżnobiałe zęby,
chowały się za pełnymi, malinowymi wargami w kształcie serca.
Zastanawia mnie tylko o czym myślał. Raz jest wesoły, szczęśliwy,
a raz cichy nawet nie otwiera buzi.
czytasz = komentujesz
Rozdział 4
czytasz = komentujesz
Niektórzy uważają, że prawdziwe
uśmiechy nie istnieją. Że są tylko te fałszywe,a prawdę mówią
tylko oczy. Wcale tak nie uważam. Na przykład, oczy Justina nie
mówią nic. Absolutnie też nie zgadzam się z tym, że uśmiech
zawsze jest nie prawdziwy. Łatwo jest odróżnić prawdę od fałszu.
Kiedy ktoś uśmiecha się naprawdę, robi to nieświadomie i a jego
oczy błyszczą i powiększają się,a kiedy kłamie..robi to z
opóźnieniem i jest bardzo, ale to bardzo sztuczny. Tak samo jest ze
śmiechem.
-Justin odprowadzisz Lily do pokoju
18,,a potem do mojego gabinetu? Chłopak spojrzał na mnie i..nie
wierzę uśmiechnął się. Zobaczyłam małe iskierki tańczące w
jego oczach. Jenak nie chciałam tego. Nie chciałam, by ktoś mnie
poznał. Ludzie mówią ci, że zostaną na zawsze, że nigdy cię
nie zostawią, a potem...znikają i zapominają. Mało kto w tych
czasach jest szczery i dotrzymuje obietnicy. Nie mówię, że każdy
taki jest, ale znaczna większość.
Chłopak chciał chwycić mnie za dłoń,
ale ją odsunęłam. Nie lubiłam kiedy ktoś mnie dotykał. Nie, że
jestem nienormalna, ale to po prostu boli. Moje nadgarstki bolą
nawet kiedy po coś sięgam. Nie lepiej jest z udami. To wszystko
lekko mnie ogranicza. Nie mogę wyjść na plażę i przestać być
tak bladą, pójść na basen, w lato ubrać ramiączek i krótkich
szortów. Chłopak lekko się tym speszył. Spuściłam głowę i
ruszyłam pierwsza mimo że nie wiedziałam dokładnie gdzie..Miał
dość tej niezręcznej ciszy, więc poszłam. Justin dogonił mnie
choć dopiero po chwili. Nad czym myślał?
-A więc..-spojrzał na mnie i szybko
wlepił wzrok w ręce i znów miętolił swoje bransoletki.-Nazywasz
się Lily?-pokiwałam głową nie chcąc nic mówić. Możecie uznać
mnie za leniwą, ale jestem tak zmęczona dzisiejszym dniem, ze nie
chciało mi się mówić.-Jestem Justin, ale to pewnie wiesz.-zerknął
na mnie, a ja dalej patrzyłam na niego. Uśmiechał się, ale widać
było, że z bólem. Boli go to, że nawet nie może się przedstawić
nowo poznanej dziewczynie.
-Nie do końca..-dostałam chrypki więc
raczej nie słyszał. Odchrząknęłam i chciałam spojrzeć na niego
by wiedzieć czy słyszał.
-Co mówiłaś? Wybacz, ale nie
słyszałem.-połknęłam ślinę. Nie umiem rozmawiać z ludźmi. Za
dużo czasu spędzałam w samotności. Sama ze sobą.
-Nie znam twojego pełnego
imienia.-Lily co ty robisz? Miałaś z nikim nie nawiązywać
kontaktu! Mówiła skaza, ale jakąś tak...chciałam nim
rozmawiać. Wydawał się być...jak nieodkryty kawałek lądu. A ja
chciałam go odkryć, ale jak mam to zrobić skoro sama nie jestem
odkryta?
-Justin Drew Bieber.-ukłonił się
przede mną. Chyba już wiecie jaka jestem, a mimo tego
zachichotałam.
-Ładnie wyglądasz kiedy się
uśmiechasz.-zmieszał się.-Znaczy wyglądasz ładnie w ogóle, ale kiedy się uśmiechasz ładniej. Znaczy nie, że bez
gorzej..-zaczął się jąkać. Podniosłam na niego brew.
-Rozumiem.-spalił buraka,a ja
zobaczyłam, że drzwi obok to numer 18. Przekręciłam klamkę i
skóra na nadgarstku zabolała. Niezauważalnie skrzywiłam twarz, ale szybko to zmieniłam.
Weszłam ostrożnie do środka. A Justin nadal zawstydzony sytuacją schylił twarz, bym nie widziała jaki jest różowy. Szkoda. Bo wyglądał w nich uroczo...Lily uroczo błagam..Chyba nie myślisz, że masz u niego szansę? Nie ta półka!
Weszłam ostrożnie do środka. A Justin nadal zawstydzony sytuacją schylił twarz, bym nie widziała jaki jest różowy. Szkoda. Bo wyglądał w nich uroczo...Lily uroczo błagam..Chyba nie myślisz, że masz u niego szansę? Nie ta półka!
Usiadłam na
łóżko i rozejrzałam się po pokoju. Był jednoosobowy, ale to
plus. Był w odcieniach zieleni. Łóżka były szpitalne. Szafki
zrobione z metalowych rur oprócz komody naprzeciwko mnie. Na suficie
wisiała wyjątkowo obrzydliwa lampa. Justin zrezygnowany usiadł
obok. Nie wiedziałam czego ode mnie chce. Boże pokazał mi pokój i
na tym nasza znajomość powinna się skończyć. Chyba nie chcę go
poznawać bliżej... Kiedyś miałam przyjaciela, ale kiedy dopadła
mnie depresja okazał się być tchórzem i odwrócił się ode mnie.
Nie wiem od czego to zależy, ale wszystko czego się podejmę kończy
się porażką. I tak byłoby teraz, jakbym się z nim..powiedzmy
zaprzyjaźniła. Matko zdecyduj się raz chcesz się z nim
przyjaźnić, raz nie chcesz go znać! Jesteś okropna! Odezwała
się skaza.
czytasz = komentujesz

niedziela, 11 stycznia 2015
INFORMACJA!!!!
Jest to dla mnie bardzo ważne!!!! Chcę, abyście odwiedzili moją stronę na Facebooku. Będę tam zamieszczać informacje o blogu! Gorąco zapraszam i mam nadzieję, że wpadniecie. Nie chcę dawać ich tu, bo wiem, ze i tak każdy je omija.... Do zobaczenia! Na dole macie linka :)
https://www.facebook.com/LilyGonzalesiJustinBieber/manager/
https://www.facebook.com/LilyGonzalesiJustinBieber/manager/
Rozdział 3
czytasz = komentujesz
Oczami Lily
Chodzę tu jak
samotna dusza od parunastu minut. Ręce bolą mnie od noszenia
walizek. Przemieszczam się pomiędzy szaro-zielonymi korytarzami i
szukam pokoju numer 18. Ręce mnie rozbolały. Byłam obok krzeseł
na których wcześniej siedział chłopak, lecz go już nie było.
Ale ty głupia mogłaś się spytać! Tylko,
że ja najpierw robię, a potem myślę. Zjechałam plecami po
ścianie i schowałam głowę między kolanami. Nie płakałam, tylko
myślałam. Zawsze w tej pozycji wszystko przychodzi mi łatwiej.
Właśnie szedł jakiś starszy pan w dziwnej czapce i koziej
brodzie. Na końcu długich włosów miał przyczepione koraliki. Na
sobie miał zapiętą pod samą szyję szara koszulę i beżowe
spodnie. Wyglądał jak jakiś...hipis. Teraz, albo
nigdy!Wstałam i chwiejnym
krokiem podeszłam do mężczyzny. Jak mam w zwyczaju kiedy się
denerwuję naciągnęłam rękawy bluzy na palce i zacisnęłam
pięści.
-Wie
pan gdzie jest pokój numer osiemnaście?-wzrok miałam wlepiony w
podłogę. Gorzej będzie jeśli facet okaże się kompletnym
szaleńcem i mnie wyśmieje.
-A
panienka nie ma na imię Lily Gonzales?-pokiwałam nerwowo
głową.-Jestem Dan. Dan Miler. Jestem twoim takim...opiekunem.
Będziesz miała ze mną i paroma innymi osobami spotkania raz
dziennie. Zaprowadzę cię do pokoju.-wciąż się uśmiechał. Już
wiem jaki to typ. To rodzaj człowieka, który wszędzie widzi coś
pozytywnego. Nie przejmuję cie problemami, a jeśli tak to stara się
o nich zapomnieć i rozwiązać je przez zabawę. Wydaję mu się, że
każdy będzie go lubić. I zazwyczaj tak jest. Osobiście całkiem
lubię takie osoby. Często można znaleźć u nich wsparcie.-Jesteś
małomówna. Ciesz się chwilą.-Nachylił mi się do ucha.-Zbieraj
punkty.
-Jakie..-odkaszlnęłam,
bo od niemówienia mój głos przypominał szept.-Jakie punkty?
-Dostajesz
je za bycie optymistą, uczestniczenie w zajęciach dodatkowych i
takie tam.-powiedział głos obok mnie. Odwróciłam powoli głowę i
zobaczyłam samego Justina.
-Odezwałeś się no proszę.-wykrzyknął
Dan.-Wiedziałem, że znudzi ci się milczenie całymi dniami.
-Nie milczałem...-jego wzrok był
pusty kiedy patrzył w stronę mężczyzny. Jego piękne karmelowe
tęczówki,- Matko o czym ty myślisz Lily?! -Wpatrywały się
tępo w Dona. Wyglądał jak wrak człowieka, zarost z około 5 dni,
blady z podkrążonymi oczami. Czy ja też tak wyglądam.
Spojrzałam na swoje ubrania. Były sprane i pogniecione. Nie byłam
fanką zakupów. Moje trampki.. noszę je już sporo, choć mam ich w
domu wiele.
-Śpiew w sumie nie zalicza się do
mowy...ale cóż może w końcu odezwiesz się na zajęciach.
-Nie wymagaj za dużo.-Justin prawie
niezauważalnie uniósł kąciki swoich ust do góry, jednak ja
zawsze zwracam na to uwagę.
czytasz = komentujesz
Rozdział 2
czytasz = komentujesz
Oczami Lily
Nie
odzywałam się do nich od wczoraj. Właśnie wysiadam z samochodu i
stojąc przed budynkiem o nazwie " zakład psychiatryczny"
i wiecie co? Czuje się jak kompletny świr. Ścisnęłam w ręce
moje walizki zamykam w oczy.
Chcę się obudzić no dalej. Lily dawaj obudź się! Modliłam
się w myślach. Poczułam męską dłoń pomiędzy łopatkami lekko
popychającą mnie do przodu. Wypuściłam głośno powietrze i
ruszyłam przed siebie. Lily
dawaj masz jeszcze szansę! Możesz uciec.
Jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. To nic by nie dało. Wszyscy
dobrze wiemy, że naprawdę dręczy mnie depresja. Chciałabym być
„zdrowa na umyśle. Umieściłam to cudzysłowie bo tak naprawdę
nie ma człowieka zdrowego. Każdy ma takie małe...uszkodzenie.
Zatrzymałam się z rodzicami w recepcji. Za recepcja siedziała
starsza może siedemdziesięcioletnia kobieta. Miała białe włosy
skręcone w koka. Jej twarz wskazywała na jej wiek, była pokryta
wieloma zmarszczkami. Wyglądała zwyczajnie, ale jej oczy były
takie duże i zielone. Kryły w sobie tajemnice. Pierwszy raz od
bardzo dawna uważałam coś za piękne. Uśmiechnęła się do mnie
współczująco gdy zauważyła, że trzymam walizki.
-Dzień
dobry.-powiedział do niej mój ojciec.-Dzwoniliśmy do pani i
zapisaliśmy na odział depresyjny Lily Gonzales.-kobieta znów
spojrzała na mnie. Pewnie pomyślała sobie że jestem na to za
młoda i świat jest niesprawiedliwy. Lekko wykrzywiłam do niej
kąciki ust, a ona uśmiechnęła się do mnie blado. Lubię
starszych ludzi, nie zadają głupich pytań. Wiedzą kiedy
cierpimy,a kiedy jesteśmy szczęśliwi nad życie. Swoje przeżyli i
zdają sobie sprawę z tego kiedy należy przestać o czymś mówić,
czy wypytywać. Wiedziałam, ze to pewnie będzie jedyna miła osoba
w tym miejscu miałam nadzieję, że będę mogła z nią czasem
pogadać.
-Dzień dobry.
Tak powiadomiono mnie. Skarbie czwarte piętro pokój osiemnasty. Jak
nie będziesz mogła znaleźć spytaj kogoś ludzie tu są bardzo
mili.-podała mi zielone kluczyki z napisem „Nr 18”.
-Dziękuję
pani...
-Heleno.-dokończyła
za mnie.
-Heleno.-wyszeptałam
pod nosem by zapamiętać. Nawet się nie odwróciłam kiedy rodzice
chcieli się pożegnać. Nie miałam na to ochoty. A poza tym według
mnie to bez sensu. Żegnać powinno się z kimś wtedy kiedy już się
nie zobaczy. Może oni cię już nigdy nie zechcą? Nie pomyślałaś
o tym Lily? Moja podświadomość dała o sobie przypomnieć w
jak zwykle niemiły sposób. A bo wy się nie znacie. Moja druga ja.
Mówię na nią skaza. Choć czasem się zastanawiam czy to ona nie
jest prawdziwa Lili Gonzales....
Na moje szczęście
budynek był zaopatrzony w windę. Wcisnęłam czwarte piętro jak
powiedział pani Helena. Żelazne drzwi windy się rozsunęły. A ja
nie miałam pojęcia nawet w która stronę pójść. Każdy tu
wydawał się jakiś obłąkany Wyglądali jak wrak człowieka. Taki
żywy trup. Są ciała, ale człowiek już z nich uleciał. Czy ja
też się tak zachowuję? Chodzę bez celu po pokoju? Do nikogo się
nie odzywam? Nie zdawałam sobie sprawy jak się zachowuję do teraz.
Rzadko kiedy wystawiałam nos poza pokój. To wydawało mi się
zbędne. I nadal mi się takie wydaje. Dla kogo mam stamtąd
wychodzić? Dla rodziców którzy mnie nie chcą, dla przyjaciół
którzy nie istnieją? Czy może dla psa którego nie mam?
Na przeciwko mnie
siedział chłopak. Wyglądał na może 17 lat. Miał ciemne, blond
włosy postawione delikatnie do góry, malinowe pełne usta w
kształcie serca, karmelowe oczy smutnie patrzące w podłogę. Jego
ręce gdzie, nie gdzie miały tatuaże. Ubrany był w biała koszulkę
z trójkątnym dekoltem i czarne rurki. Na nogach miał supry. Od
razu można było poznać, że to Justin Biebier.Kocham jego muzykę, ale nie jestem jego fanką. Nie znam go i taka jest prawda. Człowiek jak człowiek. Czasem
zastanawiałam się jak oni sobie radzą. Na każdym kroku zastawieni
paparazzi. To jest straszne. Nie mogą spokojnie wyjść na miasto,
bo nie mają własnego życia. Ciekawe kiedy ostatnio poszedł z
kolegami na imprezę i się zabawił. On nawet nie może wypić tak,
by nie wiedział o tym cały świat. W tym momencie wydawał się
najbardziej odpowiednią osobą o spytanie się o drogę. Spytałabym
się, gdybym miała ochotę z kimkolwiek rozmawiać. Przeszłam
obojętnie obok niego. Kątem oka zobaczyłam jak podnosi wzrok znad
poniszczonych bransoletek. Były czarne. Na jednej widniał księżyc,a
na drugim noc. Wydawało mi się, że na ich tyłach widniały
napisy, ale odległość była zbyt duża by je odczytać.
czytasz = komentujesz
Rozdział 1
czytasz = komentujesz
Oczami Lily
Mieliście
kiedyś wrażenie, że wszystko wokół was jest szare, nie macie
poco żyć, oddychać. Bo to wcale nie jest tak, że życie i
oddychanie to to samo. Istnieć nie znaczy żyć do oddychania
zostajemy nie mal że zmuszeni a żyje tylko człowiek który tego
chce.
Wszystkiego
się odechciewa, myślicie, że to tylko chwilowe. Zaczynacie
zagłębiać się w samotność a rzeczy które kiedyś były
przyjemne, są teraz udręką. Mimo to odgrywacie nędzną imitację
życia, staracie się by każdy uwierzył, że wasz uśmiech jest
prawdziwy. Tak naprawdę rani was, że rodzice nie zauważają
pociętych nadgarstków i tabletek które chowacie pod łóżkiem tak
na wszelki wypadek. Płacz staje się codzienną rutyną, i czujecie,
że przyjaciele się martwią ale przestają być dla was ważni.
Taka jestem właśnie ja. Lily Gonzales. Większość ludzi myśli,
że jestem przeciętną piętnastolatką, ale w rzeczywistości nigdy
nie spróbowałam tego "życia ". I jeszcze ta choroba...
Niczym
duch weszłam do pokoju, wsunęłam rękę pod łóżko. Nie
fatygowałam się by zamknąć się w toalecie, po prostu usiadłam u
jego stóp. Wyspałam z okrągłego pudełeczka prawie wszystkie
czarno-białe tabletki w kapsułkach. Przez dłuższą chwilę
spoglądałam na moją dłoń. Pomyślałam o rzeczach których nigdy
nie spróbuję. Papierosy, alkohol, pierwszy pocałunek, miłość,
nigdy już nie zobaczę mamy, taty. Przybliżyłam tabletki do ust i
przymknęłam oczy.
-Żegnajcie...-włożyłam
je do buzi.
-Co
ty robisz?! wypluj to!-moja mama wpadła do pokoju i siłą
wyciągnęła mi tabletki z ust.
-Ja
nie chcę, ja już nie mogę...
****
Byłam
w swoim pokoju, siedziałam oparta plecami o drzwi i nasłuchiwałam
rozmowy rodziców. Słyszałam drgający od płaczu głos mamy i
stanowczy, ale zawiedziony głos taty.
-Jak
mogliśmy nic nie zauważyć. Jej nadgarstki, obniżyły się oceny w
szkole....-jej głos się załamał.
-To
nie twoja wina, to mnie wciąż nie ma w domu. Myślę, że ma
depresje. Ostatnio schudła jak piórko.-to prawda nie jem zbyt dużo.
Jedyne posiłki jakie przyjmowałam były w sobotę i niedzielę, bo
wtedy kontrolę mieli rodzice, a nie szkoła.
-Myślisz,
że dobrym pomysłem będzie oddanie jej pod oko
lekarzy...-powiedziała to dosyć niepewnie. Moja rodzona matka
chciała mnie oddać do psychiatryka. Łzy (które były
codziennością) spłynęły po moich policzkach. Moje gardło się
zacisnęło, a powieki bolały od ciągłego powstrzymywania łez.
Wstałam niezgrabnie i szybko na równe nogi. Chwyciłam klamkę i
uderzyłam drzwiami o ścianę mojego pokoju. Weszłam jak bomba do
kuchni gdzie siedzieli moi rodzice.
-Chcecie
mnie oddać do psychiatryka?!-ryknęłam-Jasne najlepiej! Zawsze jak
pojawia się jakiś problem najlepiej odsunąć go jak najdalej od
siebie, dać komuś innemu do zamartwiania się. Wiecie co?
Przerwaliście mi najszczęśliwszy moment w życiu!-wiedziałam, ze
to co powiedziałam sprawiło im ból. Wiem że to co robiłam jak
się zachowywałam było dla nich ciężkie i przykre. Co ja mam
powiedzieć? Przykro mi, okey?
czytasz = komentujesz
Bohaterowie i prolog
Justin Bieber 17 lat.

Lily Gonzales 17 lat.
Lily Gonzales 17 lat.
Lily Gonzales trafia na oddział psychiatryczny. Popadła w depresje. Cały jej świat, który i tak był zrujnowany wali się do końca. Jednak w jej życiu pojawia się Justin. Również ma depresję. Kiedy się spotykają nic nie wskazuje na to, że się zaprzyjaźnią. Czy Lily przestanie się okaleczać i odnajdzie sens życia, czy dowie się co robi tu Justin? Dowiesz się czytając: http://kochamzyciebojestbezsensu.blogspot.com/
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)