niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 10.

                               czytasz = komentujesz


Siedziałam w „moim” pokoju i zastanawiałam się nad słowami Heleny A jeśli chodzi o Justina. Nie ma sensu nikogo odpychać. Jeśli będzie cierpiał po twoim odejściu to znaczy, ze bardzo mu zależało i myślę, że będziecie wspaniałymi przyjaciółmi. Jednak nie mogłam do końca się skupić, bo rozpraszał mnie zapach wilgoci w pomieszczeniu. Skrzywiłam się z obrzydzeniem kiedy moje oczy odszukały pleśń w rogu sufitu. Był następny dzień, a ja nadal nie przyzwyczaiłam się woni unoszącej się w holu i salach. Ludzie tuta mieli tak specyficzny i mdły zapach. W mojej tymczasowej samotni nie było lepiej. Tylko Dan pachniał.. jakby cukierkami. Jeśli chodzi o niego nie odzywałam się do niego od ostatniej wizyty. A jako, że się zbuntowałam to on przyszedł do mnie. Siedzi na krześle i patrzy się na mnie jak na coś dziwnego. Czy mam coś na twarzy? Chciałabym się go spytać, ale pozostałam niewzruszona i dalej wpatrywałam się w sufit. Chciałam przemyśleć sobie słowa mojej nowej znajomej. Jedynej znajomej Lily... Jak już to skaza powiedziała, jedynej znajomej. Może rzeczywiście nie ma sensu odpychanie innych? Tylko jest jeszcze jedno pytanie. Czy dam radę się przestawić. Całe życie odpychałam innych i mam to teraz zmienić? Ja się tego boję. Od kiedy pamiętam byłam sama, smutna i tak było mi łatwiej. Miałam swój przepis na życie, nic nie rób, nic nie mów, bądź nikim. Nie chciałam nikogo krzywdzić, więc nikogo nie miałam. I powinnam to zmienić.

Moja warga zadrżała przy kolejnym wypuszczeniu powierza z buzi. Wstałam ignorując Dana i wyszłam nie oglądając się za siebie. Chciał coś powiedzieć, ale uniemożliwiłam to skutecznie, zatrzaskując drzwi. Sama zaśmiałam się z mojej niedojrzałości i poszłam dalej. Moje stopy zwinnie poszły w stronę windy. Wiem, że nie mogę opuszczać piętra czwartego, ale potrzebowałam informacji, a zdobyć ją mogłam, a raczej chciałam, od Heleny. Zobaczyłam idącego w moją stronę Dana, więc szybko wślizgnęłam się do środka. Pewnie dziwi was, ze nikt tego nie pilnuje, a mnie nie. Jest godzina 13:30 czyli przerwa obiadowa pana Jona. Winda zamykała się wyjątkowo wolno. W ostatniej chwili winda się zamknęła, a ja wciąż miałam przed oczami śmieszną minę Dana. Humor od razu mi się poprawił. Patrzyłam na zmieniające się cyferki na ekranie, aż w końcu byłam na parterze. Helena właśnie rozmawiała ze starszą kobietą i wydawała się przysypiać. Czasem wydaje mi się cieszyć swoją pracą, a czasem jakby miała dość. W końcu każdy czasem ma gorszy dzień. Podeszłam do niej obok lady i oparłam nie zwracając większej uwagi na starszą kobietę w dziwacznym różowym płaszczu i zielonych szpilkach. Na ustach miała czerwoną szminkę, która rozmazana była po całej twarzy. Kreski pod oczami były grubości mojego palca. Spojrzałam na nią z obrzydzeniem i z trudem ukryłam chichot.

-Dzień dobry Lily. Masz do mnie jakąś sprawę?-wyraz twarzy recepcjonistki zmienił się w jedną chwilę kiedy mnie ujrzała. Na ustach znów zagościł piękny uśmiech,a w najpiękniejszych oczach na świecie znów widziałam błysk szczęścia.
-Cześć. Właściwie to tak.... wiesz może jaki numer pokoju ma Justin?-ona jednak pokazała mi na krzesło. Posłusznie usiadłam i czekałam na wyjaśnienia tej nietypowej sytuacji. Z doświadczenia wiedziałam, że kiedy ktoś każde ci usiąść, to mówi albo o awansie, albo jakiejś tragedii. Helena usiadła obok mnie i chwyciła za rękę. Lekko zadrżałam kiedy osunęła się o moje blizny, ale udawałam, że nic się nie stało. Wyczekująco wpatrywałam się w zielone tęczówki, z każdą chwilą obawiając się jeszcze bardziej. 
-Nikt go nie widział od dłuższego czasu. Zniknął wczoraj w nocy i nie ma po nim śladu. Od kłótni z Danem stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie i nie dopuszczał do siebie nikogo. Kiedy przyjechała do niego mama wybuchł jak granat. Bardzo mi przykro. Wszyscy go szukają, ale... przepadł jak kamień w wodę...

***

Mieliście kiedyś tak, ze na nikim wam nie zależało i nagle, zupełnie obca wam osoba staje się numerem jeden? Ja tak mam. Jeden głupi gwiazdorek stał się obiektem mojego przygnębienia. Nie znam go, nigdy z nim poważnie nie rozmawiałam, on nic o mnie nie wie, ale tak kurewsko mi na nim zależy. Znów mam ochotę rozwiązać to wszystko żyletką, ale nawet jakbym chciała to w tym zadupiu nie ma nawet cholernego kawałka temperówki. Bezwładnie upadłam na fotel u Dana. Tak przyszłam do jego głupiego biura i usiadłam na tym gównianym siedzeniu. Facet znów opierał się o swój ukochany parapet dumny z tego, że jestem, gdzie jestem. Zirytowana westchnęłam i podniosłam się z powrotem. On najwyraźniej teraz zamierza milczeć. Myślałaś, że będzie chciał pomóc, tobie? Niestety tak myślałam, a skaza znów miała racje...

-Gdzie ty idziesz?-mężczyzna wyszedł za mną, ale go zignorowałam. Myślał, że ma nade mną kontrolę. Znów zachowując się jak rozwydrzone dziecko, weszłam do windy odpychając na bok strażnika, który zasnął oparty o ścianę. Nie zdążył jeszcze ocenić sytuacji, a ja już zjechałam ów windą na dół. Nawet nie przywitałam się z Heleną, która już zmierzała w moją stronę. Wyszłam na powietrze, a zimne powietrze otuliło moją twarz. Cała złość minęła. Zastąpił ją ból. Upadłam na kolana. I tak dalej bym nie poszła. Moje ramiona już zostały przytrzymane przez strażnika. Łzy polały się pierwszy raz dzisiejszego dnia. Miałam złudną nadzieję, że pojawi się tu tata i zabierze mnie do domu. Mama zrobi zupę, która będzie tak niedobra jak reszta jej dań, a ja będę mówić, że jest przepyszna. Potem wpadną moi przyjaciele i będziemy siedzieć cały dzień przed komputerem. Ale nie miałam rodziców, nie miałam przyjaciół. Miałam tylko ten cholerny smutek i żal do Boga za to, ze żyję.

                               czytasz = komentujesz