poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 12.



                                    czytasz = komentujesz

Siedziałam z Justinem na jego łóżku, w jego pokoju. Zerknęłam na zegarek wiszący nad jego lewym ramieniem. Chodził w tę i z powrotem. Energicznie przecierał twarz dłońmi. A co ja mogłam powiedzieć? Nawrzeszczałam na jego mamę i powiedziałam, że mam tę cholerną chorobą. On zatrzymał się i pociągając za końcówki swoich włosów.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?-westchnęłam i z nerwów przygryzłam wargę. Zadał najgorsze pytanie jakie mógł. Było to moim czułym punktem i... i nie umiałam o tym mówić, po prostu. Przymknęłam na chwilę oczy i próbowałam wymyślić sensowną odpowiedź, ale nie oszukujmy się. Nie byłam w tym najlepsza.
-To nie jest łatwy temat. Chciałbyś, żeby każdy dookoła litował się nad tobą i mówił jak to ty masz źle? Wyobraź sobie, że nie jest mi łatwo wiedzieć ile mi zostało. Każdy w szkole patrzy na ciebie jak na odmieńca, który zaraz na ich oczach miał ułożyć się w trumnie. Wywiercają ci dziurę w plecach, myśląc że tego nie widzisz. Ale widzę, co za ironia, prawda?-zaśmiałam się, ścierając pojedynczą łzę, której udało się wydostać spod powiek. Otworzyłam oczy kiedy poczułam jak łóżko ugina się obok. Miał wzrok wbity w ścianę naprzeciwko i skubał paznokciem o drugi.- Nic nie powiesz? Ja już ci powiedziałam i do cholery chcę się teraz dowiedzieć, po co ci to było! Po co miałam ci to mówić?- ściszyłam nieco ton głosu i spuściłam głowę.-Po co?- on nic nie mówiąc wyciągnął do mnie ręce. Bez słów wtuliłam się w jego tors i cicho łkałam. Nie jestem jednak do końca pewna ,czy był to płacz smutku ,czy bezsilności...

***

Minęły dwa tygodnie. Dużo, ale to dużo się zmieniło. Rozmowy z Danem nie były już takie nie do zniesienia, a poza tym za każdym razem był ze mną Justin lub Helena. Może to śmieszne, ale wydaje mi się, że to ja stawiałam mojemu opiekunowi warunki. Stał się mniej irytujący, choć nie miałam do niego zaufania. Wciąż chowałam do niego uraz, po tamtej rozmowie.
-Witaj Lily!-powiedział radośnie Dan. Wytarłam coś obraźliwego dla jego entuzjazmu pod nosem i przeszłam przez trzymane jego chudą ręką drzwi. Jak zawsze moim oczom ukazał się zielony gabinet. Nie był on typowy....był w stylu Dana. Na podłodze mieściły się trzy duże worki wypchane czymś miękkim, służyły jako fotele. Gdzieś pod ścianą było czerwone biurko w nieokreślonym kształcie, a na nim pełno śmiesznych gadżetów. Jednak jedno mnie drażniło... napis na ścianie. Wielkimi, drukowanymi literami „ MOŻESZ WSZYTKO, TYLKO UWIERZ W SIEBIE”. Jęknęłam w frustracji i opadłam na miękką gąbkę. Moja papa uderzyła z taką siłą, że niemal dotknęła podłogi. Oparłam ręce na bokach i odchyliłam głowę do tyłu.
-...-cisza. O co chodzi? Nie powie mi niczego motywującego jak każdego dnia? Nie wyśmieje mojego pesymizmu? Nie spyta co mnie meczy? Spojrzałam na niego... Stał przy oknie i patrzył w dal. Był oparty łokciami o parapet, a jego włosy nie były tak idealne jak zwykle. Odwrócił się do mnie i zwęził oczy. Przypominał mi... kota w warkoczykach. Miał tak wielkie i fioletowe wory pod oczami, jakby nie zmrużył oka w nocy.
-Wszystko w porządku?-wychrypiałam. On nadal milczał. Rozchylił cienkie wargi, lecz po chwili je zamknął.
-Nie rozumiem cię..-powiedział krążąc wokół mnie.-Wielu osobą udzielałem terapii. Jedni nie mieli odwagi powiedzieć co się stało, inni mi nie ufali, a jeszcze inni się bali, a ty? Ty po prostu nie chcesz. Masz gdzieś to, że ranisz innych. Zabijasz siebie i spadasz w dół. Czy ciebie to bawi?
-Przestań.-powstrzymywałam łzy. On....najzwyczajniej w świecie chciał mnie rozbić. Nawet jeśli chciałbym walczyć, nie mam siły.
-Sprawia ci radość ranienie innych? Sprawianie im bólu i cierpienia?-usiadł na bufie naprzeciwko mnie. -Odpychanie innych?-pomyślałam o przyjaciołach, rodzicach, znajomych i Justinie. Wszystkich odepchnęłam, ale tak jest lepiej. Jednak zabolało mnie to najbardziej. On dobrze o tym wiedział, a jakbym chciał mu dać na to dowód... rozpłakałam się. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam.
-A ciebie? Bawi cie niszczenie mnie. Rozłamywanie kawałek po kawałku?-wywrzeszczałam.-Nie nie sprawia mi to wszystko radości. Odpycham innych , nie pozwolenie do siebie dojść i co ci do tego? Nie pomyślałeś, ze odpycham ich, żeby ich nie zranić? Nie. Zarzuciłeś mi, ze robię to umyślnie.
-Po cholerę? Czym ich zranisz?-wcięłam głęboki oddech.
-Śmiercią....

Może i chwilami był całkiem okey, ale wtedy pokazał mi, że jest nikim. Jakby miał dwie strony. Miał dwie, a ja żadnej w pełni nie akceptowałam. Zawsze na wizytach z nim wspominałam tamtą rozmowę, a całe moje ciało napinało się jak sprężyna. Dzisiaj była ze mną Helena. Odpowiadałam na standardowe pytania od Dana i ziewałam przez tę ,ciągnącą się w nieskończoność, nudę.
-...Kiedy ostatnio myślałaś o odebraniu sobie życia?-sam wydawał się zanudzony tą wizytą. Moja irytacja nabierała na wadze i nawet nie starałam się tego ukrywać.
-Kiedy tu szłam zastanawiałam się, czy nie lepiej poderżnąć sobie gardła.-splunęłam złośliwie. On jedynie westchnął i pokazał mi ruchem ręki, że to koniec. Mimo, ze zostało nam jeszcze 30 minut, chyba sam nie miał ochoty na moje docinki.

Zadowolona, jak nigdy, z siebie pędziłam do swojego pokoju, licząc na chwilę samotności. I chyba się przeliczyłam. Okropny zapach i widok pleśni na suficie od razu dotarł do moich zmysłów.
Ochrypły i wysoki głos, którego nie słyszałam już od dawna, dotarł do moich uszu. Przeszły mnie okropne ciarki. I tak skażesz go na cierpienie. Będzie wył z bólu i tęsknoty za tobą. Ty nic nie warta egoistko! Skaza, choć jak bardzo bym chciała, nie odchodziła. Siedzi w zakamarkach mojej głowy i czeka na moment kiedy uderzy. W najsłabszy punkt. W samo sedno. Jakbym o tym wszystkim nie wiedziała, jakbym nie zdawała sobie sprawy z mojej naiwności i głupoty.
-Wynoś się z mojej głowy!-krzyknęłam rozbijając lustro i upadając na ziemie.-Miało być dobrze! Do cholery dobrze!-skuliłam się, nie zwracając większej uwagi na rozbite szkło. Będę z tobą zawsze Lily, zawsze. To dawno się nie zdarzało. Te głupie napady szału. Kiedy moje ciało wyrywało się spod kontroli, a ja? Nic nie mogłam zrobić. Drganie ze złości i chęć zabicia każdego w zasięgu wzroku. A wystarczyła tylko ta jedna chwila ze Skazą.
-Cholerna ręka!-warknęłam na krew ściekająca na podłogę. Odpuściłam dobie oczyszczenie jej z krwi i szkła, do czasu kiedy ucichnę.

Skrzypienie drzwi zwróciło moją wagę. Długo nie zastanawiałam się kto to taki. Na widok osoby serce zaczęło wracać do normy bicia, a Skaza wyleciała z pamięci. Kiedy usiadł obok bez zastanowienia wtuliłam się w jego ciało. Miałam oparcie...
***


                                  czytasz = komentujesz