czytasz = komentujesz
Siedziałam z Justinem na
jego łóżku, w jego pokoju. Zerknęłam na zegarek wiszący nad
jego lewym ramieniem. Chodził w tę i z powrotem. Energicznie
przecierał twarz dłońmi. A co ja mogłam powiedzieć?
Nawrzeszczałam na jego mamę i powiedziałam, że mam tę cholerną
chorobą. On zatrzymał się i pociągając za końcówki swoich
włosów.
-Dlaczego mi nie
powiedziałaś?-westchnęłam i z nerwów przygryzłam wargę. Zadał
najgorsze pytanie jakie mógł. Było to moim czułym punktem i... i
nie umiałam o tym mówić, po prostu. Przymknęłam na chwilę oczy
i próbowałam wymyślić sensowną odpowiedź, ale nie oszukujmy
się. Nie byłam w tym najlepsza.
-To nie jest łatwy
temat. Chciałbyś, żeby każdy dookoła litował się nad tobą i
mówił jak to ty masz źle? Wyobraź sobie, że nie jest mi łatwo
wiedzieć ile mi zostało. Każdy w szkole patrzy na ciebie jak na
odmieńca, który zaraz na ich oczach miał ułożyć się w trumnie.
Wywiercają ci dziurę w plecach, myśląc że tego nie widzisz. Ale
widzę, co za ironia, prawda?-zaśmiałam się, ścierając
pojedynczą łzę, której udało się wydostać spod powiek.
Otworzyłam oczy kiedy poczułam jak łóżko ugina się obok. Miał
wzrok wbity w ścianę naprzeciwko i skubał paznokciem o drugi.- Nic
nie powiesz? Ja już ci powiedziałam i do cholery chcę się teraz
dowiedzieć, po co ci to było! Po co miałam ci to mówić?-
ściszyłam nieco ton głosu i spuściłam głowę.-Po co?- on nic
nie mówiąc wyciągnął do mnie ręce. Bez słów wtuliłam się w
jego tors i cicho łkałam. Nie jestem jednak do końca pewna ,czy
był to płacz smutku ,czy bezsilności...
***
Minęły dwa tygodnie.
Dużo, ale to dużo się zmieniło. Rozmowy z Danem nie były już
takie nie do zniesienia, a poza tym za każdym razem był ze mną
Justin lub Helena. Może to śmieszne, ale wydaje mi się, że to ja
stawiałam mojemu opiekunowi warunki. Stał się mniej irytujący,
choć nie miałam do niego zaufania. Wciąż chowałam do niego uraz,
po tamtej rozmowie.
-Witaj
Lily!-powiedział radośnie Dan. Wytarłam coś obraźliwego dla jego
entuzjazmu pod nosem i przeszłam przez trzymane jego chudą ręką
drzwi. Jak zawsze moim oczom ukazał się zielony gabinet. Nie był
on typowy....był w stylu Dana. Na podłodze mieściły się trzy
duże worki wypchane czymś miękkim, służyły jako fotele. Gdzieś
pod ścianą było czerwone biurko w nieokreślonym kształcie, a na
nim pełno śmiesznych gadżetów. Jednak jedno mnie drażniło...
napis na ścianie. Wielkimi, drukowanymi literami „ MOŻESZ
WSZYTKO, TYLKO UWIERZ W SIEBIE”. Jęknęłam w frustracji i opadłam
na miękką gąbkę. Moja papa uderzyła z taką siłą, że niemal
dotknęła podłogi. Oparłam ręce na bokach i odchyliłam głowę
do tyłu.
-...-cisza. O co
chodzi? Nie powie mi niczego motywującego jak każdego dnia? Nie
wyśmieje mojego pesymizmu? Nie spyta co mnie meczy? Spojrzałam na
niego... Stał przy oknie i patrzył w dal. Był oparty łokciami o
parapet, a jego włosy nie były tak idealne jak zwykle. Odwrócił
się do mnie i zwęził oczy. Przypominał mi... kota w warkoczykach.
Miał tak wielkie i fioletowe wory pod oczami, jakby nie zmrużył
oka w nocy.
-Wszystko w
porządku?-wychrypiałam. On nadal milczał. Rozchylił cienkie
wargi, lecz po chwili je zamknął.
-Nie rozumiem
cię..-powiedział krążąc wokół mnie.-Wielu osobą udzielałem
terapii. Jedni nie mieli odwagi powiedzieć co się stało, inni mi
nie ufali, a jeszcze inni się bali, a ty? Ty po prostu nie chcesz.
Masz gdzieś to, że ranisz innych. Zabijasz siebie i spadasz w dół.
Czy ciebie to bawi?
-Przestań.-powstrzymywałam
łzy. On....najzwyczajniej w świecie chciał mnie rozbić. Nawet
jeśli chciałbym walczyć, nie mam siły.
-Sprawia ci radość
ranienie innych? Sprawianie im bólu i cierpienia?-usiadł na bufie
naprzeciwko mnie. -Odpychanie innych?-pomyślałam o przyjaciołach,
rodzicach, znajomych i Justinie. Wszystkich odepchnęłam, ale tak
jest lepiej. Jednak zabolało mnie to najbardziej. On dobrze o tym
wiedział, a jakbym chciał mu dać na to dowód... rozpłakałam
się. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam.
-A ciebie? Bawi cie
niszczenie mnie. Rozłamywanie kawałek po
kawałku?-wywrzeszczałam.-Nie nie sprawia mi to wszystko radości.
Odpycham innych , nie pozwolenie do siebie dojść i co ci do tego?
Nie pomyślałeś, ze odpycham ich, żeby ich nie zranić? Nie.
Zarzuciłeś mi, ze robię to umyślnie.
-Po cholerę? Czym
ich zranisz?-wcięłam głęboki oddech.
-Śmiercią....
Może i chwilami był
całkiem okey, ale wtedy pokazał mi, że jest nikim. Jakby miał
dwie strony. Miał dwie, a ja żadnej w pełni nie akceptowałam.
Zawsze na wizytach z nim wspominałam tamtą rozmowę, a całe moje
ciało napinało się jak sprężyna. Dzisiaj była ze mną Helena.
Odpowiadałam na standardowe pytania od Dana i ziewałam przez tę
,ciągnącą się w nieskończoność, nudę.
-...Kiedy ostatnio
myślałaś o odebraniu sobie życia?-sam wydawał się zanudzony tą
wizytą. Moja irytacja nabierała na wadze i nawet nie starałam się
tego ukrywać.
-Kiedy tu szłam
zastanawiałam się, czy nie lepiej poderżnąć sobie
gardła.-splunęłam złośliwie. On jedynie westchnął i pokazał
mi ruchem ręki, że to koniec. Mimo, ze zostało nam jeszcze 30
minut, chyba sam nie miał ochoty na moje docinki.
Zadowolona, jak nigdy, z
siebie pędziłam do swojego pokoju, licząc na chwilę samotności.
I chyba się przeliczyłam. Okropny zapach i widok pleśni na suficie
od razu dotarł do moich zmysłów.
Ochrypły i wysoki głos,
którego nie słyszałam już od dawna, dotarł do moich uszu.
Przeszły mnie okropne ciarki. I tak skażesz go na
cierpienie. Będzie wył z bólu i tęsknoty za tobą. Ty nic nie
warta egoistko! Skaza,
choć jak bardzo bym chciała, nie odchodziła. Siedzi w zakamarkach
mojej głowy i czeka na moment kiedy uderzy. W najsłabszy punkt. W
samo sedno. Jakbym o tym wszystkim nie wiedziała, jakbym nie zdawała
sobie sprawy z mojej naiwności i głupoty.
-Wynoś
się z mojej głowy!-krzyknęłam rozbijając lustro i upadając na
ziemie.-Miało być dobrze! Do cholery dobrze!-skuliłam się, nie
zwracając większej uwagi na rozbite szkło. Będę
z tobą zawsze Lily, zawsze. To
dawno się nie zdarzało. Te głupie napady szału. Kiedy moje ciało
wyrywało się spod kontroli, a ja? Nic nie mogłam zrobić. Drganie
ze złości i chęć zabicia każdego w zasięgu wzroku. A
wystarczyła tylko ta jedna chwila ze Skazą.
-Cholerna
ręka!-warknęłam na krew ściekająca na podłogę. Odpuściłam
dobie oczyszczenie jej z krwi i szkła, do czasu kiedy ucichnę.
Skrzypienie
drzwi zwróciło moją wagę. Długo nie zastanawiałam się kto to
taki. Na widok osoby serce zaczęło wracać do normy bicia, a Skaza
wyleciała z pamięci. Kiedy usiadł obok bez zastanowienia wtuliłam
się w jego ciało. Miałam oparcie...
***
czytasz = komentujesz

