poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 12.



                                    czytasz = komentujesz

Siedziałam z Justinem na jego łóżku, w jego pokoju. Zerknęłam na zegarek wiszący nad jego lewym ramieniem. Chodził w tę i z powrotem. Energicznie przecierał twarz dłońmi. A co ja mogłam powiedzieć? Nawrzeszczałam na jego mamę i powiedziałam, że mam tę cholerną chorobą. On zatrzymał się i pociągając za końcówki swoich włosów.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?-westchnęłam i z nerwów przygryzłam wargę. Zadał najgorsze pytanie jakie mógł. Było to moim czułym punktem i... i nie umiałam o tym mówić, po prostu. Przymknęłam na chwilę oczy i próbowałam wymyślić sensowną odpowiedź, ale nie oszukujmy się. Nie byłam w tym najlepsza.
-To nie jest łatwy temat. Chciałbyś, żeby każdy dookoła litował się nad tobą i mówił jak to ty masz źle? Wyobraź sobie, że nie jest mi łatwo wiedzieć ile mi zostało. Każdy w szkole patrzy na ciebie jak na odmieńca, który zaraz na ich oczach miał ułożyć się w trumnie. Wywiercają ci dziurę w plecach, myśląc że tego nie widzisz. Ale widzę, co za ironia, prawda?-zaśmiałam się, ścierając pojedynczą łzę, której udało się wydostać spod powiek. Otworzyłam oczy kiedy poczułam jak łóżko ugina się obok. Miał wzrok wbity w ścianę naprzeciwko i skubał paznokciem o drugi.- Nic nie powiesz? Ja już ci powiedziałam i do cholery chcę się teraz dowiedzieć, po co ci to było! Po co miałam ci to mówić?- ściszyłam nieco ton głosu i spuściłam głowę.-Po co?- on nic nie mówiąc wyciągnął do mnie ręce. Bez słów wtuliłam się w jego tors i cicho łkałam. Nie jestem jednak do końca pewna ,czy był to płacz smutku ,czy bezsilności...

***

Minęły dwa tygodnie. Dużo, ale to dużo się zmieniło. Rozmowy z Danem nie były już takie nie do zniesienia, a poza tym za każdym razem był ze mną Justin lub Helena. Może to śmieszne, ale wydaje mi się, że to ja stawiałam mojemu opiekunowi warunki. Stał się mniej irytujący, choć nie miałam do niego zaufania. Wciąż chowałam do niego uraz, po tamtej rozmowie.
-Witaj Lily!-powiedział radośnie Dan. Wytarłam coś obraźliwego dla jego entuzjazmu pod nosem i przeszłam przez trzymane jego chudą ręką drzwi. Jak zawsze moim oczom ukazał się zielony gabinet. Nie był on typowy....był w stylu Dana. Na podłodze mieściły się trzy duże worki wypchane czymś miękkim, służyły jako fotele. Gdzieś pod ścianą było czerwone biurko w nieokreślonym kształcie, a na nim pełno śmiesznych gadżetów. Jednak jedno mnie drażniło... napis na ścianie. Wielkimi, drukowanymi literami „ MOŻESZ WSZYTKO, TYLKO UWIERZ W SIEBIE”. Jęknęłam w frustracji i opadłam na miękką gąbkę. Moja papa uderzyła z taką siłą, że niemal dotknęła podłogi. Oparłam ręce na bokach i odchyliłam głowę do tyłu.
-...-cisza. O co chodzi? Nie powie mi niczego motywującego jak każdego dnia? Nie wyśmieje mojego pesymizmu? Nie spyta co mnie meczy? Spojrzałam na niego... Stał przy oknie i patrzył w dal. Był oparty łokciami o parapet, a jego włosy nie były tak idealne jak zwykle. Odwrócił się do mnie i zwęził oczy. Przypominał mi... kota w warkoczykach. Miał tak wielkie i fioletowe wory pod oczami, jakby nie zmrużył oka w nocy.
-Wszystko w porządku?-wychrypiałam. On nadal milczał. Rozchylił cienkie wargi, lecz po chwili je zamknął.
-Nie rozumiem cię..-powiedział krążąc wokół mnie.-Wielu osobą udzielałem terapii. Jedni nie mieli odwagi powiedzieć co się stało, inni mi nie ufali, a jeszcze inni się bali, a ty? Ty po prostu nie chcesz. Masz gdzieś to, że ranisz innych. Zabijasz siebie i spadasz w dół. Czy ciebie to bawi?
-Przestań.-powstrzymywałam łzy. On....najzwyczajniej w świecie chciał mnie rozbić. Nawet jeśli chciałbym walczyć, nie mam siły.
-Sprawia ci radość ranienie innych? Sprawianie im bólu i cierpienia?-usiadł na bufie naprzeciwko mnie. -Odpychanie innych?-pomyślałam o przyjaciołach, rodzicach, znajomych i Justinie. Wszystkich odepchnęłam, ale tak jest lepiej. Jednak zabolało mnie to najbardziej. On dobrze o tym wiedział, a jakbym chciał mu dać na to dowód... rozpłakałam się. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam.
-A ciebie? Bawi cie niszczenie mnie. Rozłamywanie kawałek po kawałku?-wywrzeszczałam.-Nie nie sprawia mi to wszystko radości. Odpycham innych , nie pozwolenie do siebie dojść i co ci do tego? Nie pomyślałeś, ze odpycham ich, żeby ich nie zranić? Nie. Zarzuciłeś mi, ze robię to umyślnie.
-Po cholerę? Czym ich zranisz?-wcięłam głęboki oddech.
-Śmiercią....

Może i chwilami był całkiem okey, ale wtedy pokazał mi, że jest nikim. Jakby miał dwie strony. Miał dwie, a ja żadnej w pełni nie akceptowałam. Zawsze na wizytach z nim wspominałam tamtą rozmowę, a całe moje ciało napinało się jak sprężyna. Dzisiaj była ze mną Helena. Odpowiadałam na standardowe pytania od Dana i ziewałam przez tę ,ciągnącą się w nieskończoność, nudę.
-...Kiedy ostatnio myślałaś o odebraniu sobie życia?-sam wydawał się zanudzony tą wizytą. Moja irytacja nabierała na wadze i nawet nie starałam się tego ukrywać.
-Kiedy tu szłam zastanawiałam się, czy nie lepiej poderżnąć sobie gardła.-splunęłam złośliwie. On jedynie westchnął i pokazał mi ruchem ręki, że to koniec. Mimo, ze zostało nam jeszcze 30 minut, chyba sam nie miał ochoty na moje docinki.

Zadowolona, jak nigdy, z siebie pędziłam do swojego pokoju, licząc na chwilę samotności. I chyba się przeliczyłam. Okropny zapach i widok pleśni na suficie od razu dotarł do moich zmysłów.
Ochrypły i wysoki głos, którego nie słyszałam już od dawna, dotarł do moich uszu. Przeszły mnie okropne ciarki. I tak skażesz go na cierpienie. Będzie wył z bólu i tęsknoty za tobą. Ty nic nie warta egoistko! Skaza, choć jak bardzo bym chciała, nie odchodziła. Siedzi w zakamarkach mojej głowy i czeka na moment kiedy uderzy. W najsłabszy punkt. W samo sedno. Jakbym o tym wszystkim nie wiedziała, jakbym nie zdawała sobie sprawy z mojej naiwności i głupoty.
-Wynoś się z mojej głowy!-krzyknęłam rozbijając lustro i upadając na ziemie.-Miało być dobrze! Do cholery dobrze!-skuliłam się, nie zwracając większej uwagi na rozbite szkło. Będę z tobą zawsze Lily, zawsze. To dawno się nie zdarzało. Te głupie napady szału. Kiedy moje ciało wyrywało się spod kontroli, a ja? Nic nie mogłam zrobić. Drganie ze złości i chęć zabicia każdego w zasięgu wzroku. A wystarczyła tylko ta jedna chwila ze Skazą.
-Cholerna ręka!-warknęłam na krew ściekająca na podłogę. Odpuściłam dobie oczyszczenie jej z krwi i szkła, do czasu kiedy ucichnę.

Skrzypienie drzwi zwróciło moją wagę. Długo nie zastanawiałam się kto to taki. Na widok osoby serce zaczęło wracać do normy bicia, a Skaza wyleciała z pamięci. Kiedy usiadł obok bez zastanowienia wtuliłam się w jego ciało. Miałam oparcie...
***


                                  czytasz = komentujesz



środa, 6 maja 2015

Kartka dla Kubusia :)

kartki dla Kubusia 🎁

Hejka! Kubuś ma 6 lat i choruje na raka mózgu, niedługo ma urodziny i jego największym marzeniem jest dostać jak najwięcej kartek z życzeniami urodzinowymi. Chciałabym pomóc Kubusiowi w spełnieniu jego marzeń. Jeśli możecie to wyślijcie mu kartkę na urodziny! 
jego urodziny wypadają 17 maja. 
adres: 
Kubuś Grzelczak
Białe Piątkowo 7
62-320 Miłosław
Przesyłajcie ten post i namawiajcie znajomych! Taka mała rzecz a spełni marzenia małego chłopca. dziękuję i miłego dnia :*

poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział 11.



                               czytasz = komentujesz

Od trzech dni snułam się między korytarzami ośrodka. Przyzwyczajenie do tego miejsca jest wręcz, niemożliwe. Choć zapach i otaczająca mnie inność stała się już mniej przytłaczająca, to nadal nienawidzę tego budynku. Nienawidzę ludzi, nienawidzę jedzenia, nienawidzę zajęć, nienawidzę Dana. Chcę wrócić do domu. Te rozmowy i sytuacja wcale mi nie pomaga. Mam dość tego, że nie mogę sama wyjść jak kiedyś. W środku nocy, napawać ciszą i spokojem. Przemyślenia są mi tu wiecznie przerywane. Dan wciąż jest obok, mimo że nic nie mówię.

Strach w tym momencie ogarniał mnie w całości. Jednak w pewnym stopniu byłam szczęśliwa. Justin dziś rano został znaleziony przy jednej ze stacji benzynowych. Szedł sam , a Helena wracając do domu prawie go potrąciła. Był nieobecny. Szurał jedną nogę za drugą. Deszcz przemoczył go do suchej nitki. Właśnie szykowałam się na odwiedzenie go. Na razie rozmawiał z mamą. Krzyki było słychać, aż tu. Jak sądzę krzyczała jego mama, a huk roznosił się po całym holu.

Nie rozumiała go. Nie wiedziała jak to jest spędzić tu choć jeden dzień. Nie znała naszego bólu i cierpienia. Sądziła, że zna syna najlepiej, ale chyba nawet ja wiedziałam o nim więcej. Specjalnie na spotkanie z nim ubrałam się lepiej. Lepiej.. po prostu przebrałam się z starych dresów i bluzy przez głowę. Moje nogi oplatały ciasne rurki w kolorze ciemnej zieleni, a na to zarzuciłam bokserkę i szarą marynarkę. Dla ukrycia nieprzespanej nocy nałożyłam podkład i przećwiczyłam uśmiech, którym spróbuję obdarzyć go na wejściu. Myślałam co mu powiem. Zawsze byłam oschła i nie miała. Jednak chciałam to naprawić.
-Hej Justin jak się czujesz?-pokręciłam głową wiedząc, że użyłam złego tonu.- Cześć, dawno się nie widzieliśmy.-z frustracji przeczesałam rude włosy rękoma i wypuściłam zdenerwowana powietrze.
-Zapowiada się ciężka rozmowa, co?-kojący głos starszej kobiety dotarł do moich uszu. Pokiwałam głową patrząc na nią w lustrze.- Nie martw się jak cię zobaczy to i tak odejmie mu mowę.- podeszłą do mnie i poprawiła mi kołnierz od marynarki. Rozbiła jeden guzik na którym trzymała się cała narzuta. Teraz byłam odkryta. Nie powiem wyglądałam o niebo lepiej. Uśmiechnęłam się do kobiety.
-Czy jego mama już wyszła? Mogę wejść czy ktoś jeszcze będzie wchodził?- odwróciłam się, wiedząc, że jak nie dziś to nigdy.
-Jego mam kończy swoje krzyki...-zaśmiała się krótko.-Zaraz będziesz mogła wejść. Choć pójdziemy już pod drzwi.

Idąc pod salę nerwowo poprawiałam włosy. Denerwowała mnie moja marynarka gdyż dopiero przed salą zorientowałam się, iż ma ona krótki rękaw. Nasunęłam bransoletki tak by choć w większej części zasłaniały blizny. Co prawda opiekunowie wiedzieli o moich szramach, ale po co miał wiedzieć Juss? To wstydliwy temat. Nie krępujący czy bolesny, bo robiłam to już z przyzwyczajenia nie z powodu pokusy. Tak głupio, by mi było gdyby zobaczył jaka jestem słaba..

Helena zapukała do drzwi. Otworzyła je kobieta w średnim wieku. Była dość ładna jak na swój wiek jednak nic specjalnego. Brązowe włosy i nie za wysoki wzrost. Spojrzałam dalej. Tyłam na łóżku siedział mój cel. Kiedy byłam wyłączona i podziwiałam jego nieskazitelną posturę, zauważyłam, że kobieta wciąż wrzeszczy.
-...Jesteś nic nie wdzięcznym bachorem! Masz wszystko czego chciałeś. Sławę, pieniądze i talent! Czego ci do cholery jeszcze brakuje..?!
-Miłości. Zainteresowania ze strony innych i zrozumienia.-Wymamrotałam pod nosem. Kobieta obdarzyła mnie zdziwionym spojrzeniem jakby wcześniej mnie nie zauważyła. Jak pewnie było.-Odpoczynku i chwili spokoju. To tak dużo?-spojrzałam na Justina, który miała wzrok wlepiony we mnie.- Myśli pani, że tym krzykiem przywróci w nim pani radość i szczęście? Wątpię. Zamiast wyżywać się na nim niech pani zastanowi się nad sobą.-skończyłam wywód i uśmiechnęłam się lekko do Justin. On lekko oszołomiony odwzajemnił to po krótkiej chwili. Był to jednak uśmiech przepełniony smutkiem.
-A ty kim niby jesteś? Jakaś gówniara będzie mi mówić jak wychowywać mojego syna. Jesteś zbyt wielką małolatom by wiedzieć coś o życiu.-prychnęła i mordowała mnie wzrokiem.
-Naprawdę? A pani ile przeżyła. Skąd może pani wiedzieć co ja wiem o tym cholernym życiu. Powiem pani. Wiem dużo. Wiem jaki jest okrutny. Wiem do czego nas doprowadzi. A pani widocznie nie. Może nie jestem zbyt dorosła, ale niech mi pani wierzy na słowo, wiem co to znaczy nieszczęście.
-Błagam, co ty dziecko mówisz? Jesteś jeszcze na poziomie chłopaków i ploteczek szkolnych.- wywróciła oczami i chciała się obrócić. Złość buzowała we mnie tak bardzo, że wybuchłam sama nie zdając sobie z tego sprawy. Chwyciłam ją za rami i odwróciłam do siebie.
-Na poziomie chłopaków i ploteczek szkolnych? Przepraszam ale musiałam zbyt szybko dorosnąć by przejść ten etap. Niech pani sobie do cholery wyobrazi, że niektórzy nie maja tyle czasu by przejmować się tymi rzeczami. Mają za mało czasu na cokolwiek. Umierają, mogąc odliczać dni. Wiem pani co? Mam raka i za 2 lata odejdę. Zabawne prawda? Ale przecież ja nic do kurwy nie wiem co to życie!-mój krzyk zamienił się w szloch. Zaczęłam szarpać kobieta. Słyszałam tylko zaburzone głosy. Helena mówiła coś do mnie jednak miałam to gdzieś. Kobieta wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem i zdziwieniem. Może było jej głupio, może nie. Nie obchodziło mnie to. Moja złość była zbyt silna. Moje ramiona zostały zatrzymane. Moje ciało od razu uspokoiło się gdy wyczuło zapach chłopaka za mną. Justin..



                               czytasz = komentujesz


niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 10.

                               czytasz = komentujesz


Siedziałam w „moim” pokoju i zastanawiałam się nad słowami Heleny A jeśli chodzi o Justina. Nie ma sensu nikogo odpychać. Jeśli będzie cierpiał po twoim odejściu to znaczy, ze bardzo mu zależało i myślę, że będziecie wspaniałymi przyjaciółmi. Jednak nie mogłam do końca się skupić, bo rozpraszał mnie zapach wilgoci w pomieszczeniu. Skrzywiłam się z obrzydzeniem kiedy moje oczy odszukały pleśń w rogu sufitu. Był następny dzień, a ja nadal nie przyzwyczaiłam się woni unoszącej się w holu i salach. Ludzie tuta mieli tak specyficzny i mdły zapach. W mojej tymczasowej samotni nie było lepiej. Tylko Dan pachniał.. jakby cukierkami. Jeśli chodzi o niego nie odzywałam się do niego od ostatniej wizyty. A jako, że się zbuntowałam to on przyszedł do mnie. Siedzi na krześle i patrzy się na mnie jak na coś dziwnego. Czy mam coś na twarzy? Chciałabym się go spytać, ale pozostałam niewzruszona i dalej wpatrywałam się w sufit. Chciałam przemyśleć sobie słowa mojej nowej znajomej. Jedynej znajomej Lily... Jak już to skaza powiedziała, jedynej znajomej. Może rzeczywiście nie ma sensu odpychanie innych? Tylko jest jeszcze jedno pytanie. Czy dam radę się przestawić. Całe życie odpychałam innych i mam to teraz zmienić? Ja się tego boję. Od kiedy pamiętam byłam sama, smutna i tak było mi łatwiej. Miałam swój przepis na życie, nic nie rób, nic nie mów, bądź nikim. Nie chciałam nikogo krzywdzić, więc nikogo nie miałam. I powinnam to zmienić.

Moja warga zadrżała przy kolejnym wypuszczeniu powierza z buzi. Wstałam ignorując Dana i wyszłam nie oglądając się za siebie. Chciał coś powiedzieć, ale uniemożliwiłam to skutecznie, zatrzaskując drzwi. Sama zaśmiałam się z mojej niedojrzałości i poszłam dalej. Moje stopy zwinnie poszły w stronę windy. Wiem, że nie mogę opuszczać piętra czwartego, ale potrzebowałam informacji, a zdobyć ją mogłam, a raczej chciałam, od Heleny. Zobaczyłam idącego w moją stronę Dana, więc szybko wślizgnęłam się do środka. Pewnie dziwi was, ze nikt tego nie pilnuje, a mnie nie. Jest godzina 13:30 czyli przerwa obiadowa pana Jona. Winda zamykała się wyjątkowo wolno. W ostatniej chwili winda się zamknęła, a ja wciąż miałam przed oczami śmieszną minę Dana. Humor od razu mi się poprawił. Patrzyłam na zmieniające się cyferki na ekranie, aż w końcu byłam na parterze. Helena właśnie rozmawiała ze starszą kobietą i wydawała się przysypiać. Czasem wydaje mi się cieszyć swoją pracą, a czasem jakby miała dość. W końcu każdy czasem ma gorszy dzień. Podeszłam do niej obok lady i oparłam nie zwracając większej uwagi na starszą kobietę w dziwacznym różowym płaszczu i zielonych szpilkach. Na ustach miała czerwoną szminkę, która rozmazana była po całej twarzy. Kreski pod oczami były grubości mojego palca. Spojrzałam na nią z obrzydzeniem i z trudem ukryłam chichot.

-Dzień dobry Lily. Masz do mnie jakąś sprawę?-wyraz twarzy recepcjonistki zmienił się w jedną chwilę kiedy mnie ujrzała. Na ustach znów zagościł piękny uśmiech,a w najpiękniejszych oczach na świecie znów widziałam błysk szczęścia.
-Cześć. Właściwie to tak.... wiesz może jaki numer pokoju ma Justin?-ona jednak pokazała mi na krzesło. Posłusznie usiadłam i czekałam na wyjaśnienia tej nietypowej sytuacji. Z doświadczenia wiedziałam, że kiedy ktoś każde ci usiąść, to mówi albo o awansie, albo jakiejś tragedii. Helena usiadła obok mnie i chwyciła za rękę. Lekko zadrżałam kiedy osunęła się o moje blizny, ale udawałam, że nic się nie stało. Wyczekująco wpatrywałam się w zielone tęczówki, z każdą chwilą obawiając się jeszcze bardziej. 
-Nikt go nie widział od dłuższego czasu. Zniknął wczoraj w nocy i nie ma po nim śladu. Od kłótni z Danem stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie i nie dopuszczał do siebie nikogo. Kiedy przyjechała do niego mama wybuchł jak granat. Bardzo mi przykro. Wszyscy go szukają, ale... przepadł jak kamień w wodę...

***

Mieliście kiedyś tak, ze na nikim wam nie zależało i nagle, zupełnie obca wam osoba staje się numerem jeden? Ja tak mam. Jeden głupi gwiazdorek stał się obiektem mojego przygnębienia. Nie znam go, nigdy z nim poważnie nie rozmawiałam, on nic o mnie nie wie, ale tak kurewsko mi na nim zależy. Znów mam ochotę rozwiązać to wszystko żyletką, ale nawet jakbym chciała to w tym zadupiu nie ma nawet cholernego kawałka temperówki. Bezwładnie upadłam na fotel u Dana. Tak przyszłam do jego głupiego biura i usiadłam na tym gównianym siedzeniu. Facet znów opierał się o swój ukochany parapet dumny z tego, że jestem, gdzie jestem. Zirytowana westchnęłam i podniosłam się z powrotem. On najwyraźniej teraz zamierza milczeć. Myślałaś, że będzie chciał pomóc, tobie? Niestety tak myślałam, a skaza znów miała racje...

-Gdzie ty idziesz?-mężczyzna wyszedł za mną, ale go zignorowałam. Myślał, że ma nade mną kontrolę. Znów zachowując się jak rozwydrzone dziecko, weszłam do windy odpychając na bok strażnika, który zasnął oparty o ścianę. Nie zdążył jeszcze ocenić sytuacji, a ja już zjechałam ów windą na dół. Nawet nie przywitałam się z Heleną, która już zmierzała w moją stronę. Wyszłam na powietrze, a zimne powietrze otuliło moją twarz. Cała złość minęła. Zastąpił ją ból. Upadłam na kolana. I tak dalej bym nie poszła. Moje ramiona już zostały przytrzymane przez strażnika. Łzy polały się pierwszy raz dzisiejszego dnia. Miałam złudną nadzieję, że pojawi się tu tata i zabierze mnie do domu. Mama zrobi zupę, która będzie tak niedobra jak reszta jej dań, a ja będę mówić, że jest przepyszna. Potem wpadną moi przyjaciele i będziemy siedzieć cały dzień przed komputerem. Ale nie miałam rodziców, nie miałam przyjaciół. Miałam tylko ten cholerny smutek i żal do Boga za to, ze żyję.

                               czytasz = komentujesz


środa, 11 lutego 2015

Rozdział 9.


                               czytasz = komentujesz




I teraz zrozumiałam. Zrobił to specjalnie. Chciał to ze mnie wyciągnąć. A ja mu powiedziałam. Powiedziałam mu o mojej tajemnicy. Moi rodzice wiedzieli, ale nigdy nie poruszali tego tematu. Udawali, że wszystko jest w porządku, oszukiwali sami siebie. Nigdy ze mną o tym nie rozmawiali, nie wspierali. Uznali to za zamknięty temat. Tak nie było. Dla mnie nadal trwa i będzie trwał do końca. To nie oni są chorzy, tylko ja. Ja odczuwam ten cholerny ból i cierpienie. Żyję ze świadomością śmierci.

Wstałam i wybiegłam. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w „moim” pokoju. Ukryć się przed wszystkim. Tych ludzi jest za dużo. Wydaje mi się, że kiedy wybiegłam każdy wzrok był skierowany na mnie. Łzy leciały po moich szczupłych polikach i zamazywały mi obraz. Nawet nie byłam pewna czy biegnę w dobrą stronę. Po prostu uciekałam. Uciekałam przed Danem, odpowiedzią, konsekwencjami i...prawdą. A jaka jest prawda? Jestem nic nie wartą wywłoką, która tylko zajmuje miejsce innym.

Mijałam wszelkie drzwi z napisami. Nawet nie chciało mi się ich czytać. Oczywiście musiałam na kogoś wpaść. Byłam lekko zaskoczona osobą znajdującą się naprzeciw. Otarłam mokrą ciecz, która zamazywała mi wszystko. Kobieta uśmiechnęło się do mnie z miną która mówiła wiele. Martwiła się i chciała pomóc, mimo że nie wiedziała o co chodzi. Kiedy się na nią patrzyło.. było pewne, ze można jej ufać i podarować wszystkie tajemnice.


Podała mi rękę, a ja z lekkim zawahaniem ją chwyciłam. Te same piękne oczy co pierwszego dnia. Teraz nadal były szczęśliwe, ale szczęście wymieszało się z opiekuńczością. Przyciągnęła mnie do siebie i pozwoliła zrobić to czego nigdy nie mogłam. Wypłakać się komuś na ramieniu. Zdawała mi się bliższa niż rodzina, dom czy cokolwiek na świecie...    

***

Czułam się świetnie. Życie we mnie wróciło, ale świat lekko nabrał barw. Uczucie tego, że komuś zależy i się martwi. Dotąd mi nie znane, a jak cudowne. Mimo, iż wiedziałam, że to złe, pozwoliłam do siebie dotrzeć. Pani Helena, była kobietą z kosmosu. Mądra, kochana i z ogromnym poczuciem humoru. Była stonowana, ale nie przesadzajmy. Po prostu idealna.

-I tak po prostu dała mu pani kosza?- starsza kobieta właśnie opowiadała o pierwszych zalotach jej świętej pamięci męża.
-No przecież kochana mówię. Przyszedł po mój balkon i zaczął mówić. Jak na tamte czasy był bardzo pomysłowy. Nauczyć się wiersza z „Romeo i Julia”. Ale cóż nie myślałam wtedy, że zakocham się w tym niegrzecznym chłopcu.-pokręciła głową z aprobatą. Była taka pełna życia i nadziei. Wydawała się gotowa przyjąć każdy cios „na klatę”. Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Widać było, ze wspomina.-Ohh brak mi tego staruszka i jego wybryków. Nawet kiedy był już w dosyć popisowym wieku wywijał jak szalony. Kochana jakbyś zobaczyła go na naszym ślubie. A moja suknia. Czysta klasa. Jedna z najlepszych na rynku. Odkładał na nią sporo czasu. Ile bym, dała by wrócić do tamtych lat...- zrobiło mi się przykro. Przytuliłam piękną panią Helenę dając jej otuchy. Wiedziałam jak to jest nie mieć oparcia,  ale ona nie zasługiwała na to.
-Na pewno stoi gdzieś obok i się do pani uśmiecha, śmiejąc się z pani wspomnień.-zapewniłam ją, a ona pocałowała mnie w czoła jak rodzoną wnuczkę i posłała szczery uśmiech.
-Dziecko... gdyby każda młodzież była tak cudowna jak ty. Szczera i uprzejma. Jesteś cudowną osobą i nie zapominaj o tym. Nie powinnaś zatracać się w swojej samotności. Wiem, ze pewnie cię to zdenerwuje, ale świat stoi przed tobą otworem. To co, ze masz tą cholerną chorobę. Ciesz się póki możesz. Zdziwisz się ile cię ominęło kiedy siedziałaś w swoich czterech ścianach. A jeśli chodzi o Justina. Nie ma sensu nikogo odpychać. Jeśli będzie cierpiał po twoim odejściu to znaczy, ze bardzo mu zależało i myślę, że będziecie wspaniałymi przyjaciółmi.  

                               czytasz = komentujesz



Rozdział 8.



                               czytasz = komentujesz

Oczami Lily 

Przede mną siedziała uśmiechająca się postać. Mimo, że była niewyraźna od razy stwierdziłam, że to Justin.

-Wyjdź.-to było celowe. Powiedziałam to tak sucho i bez uczuć, by dał sobie spokój. Zostawił mnie i moje życie w cholerę. Czy on nie rozumie, ze będę go niszczyć kawałek po kawałku. Nie chcę tego, ale nie panuję nad sobą. Na początku byłoby dobrze...potem zaczęłabym zabijać siebie pod każdy możliwym względem. Jemu, by na mnie zależało i mój ból, byłby jego bólem. Niszczyłabym dwie osoby naraz.
-Ale czemu?-wychrypiał ze skruchom. Czy on...czy mu jest głupio. Nie, to dobrze. Niech się obwinia i odejdzie. Odejdzie i nie wraca.
-Nie rozumiesz? Wyjdź i nie wracaj. Zostaw mnie w spokoju.-wykrzyknęłam. Nie mówiłam z uniesiony głosem. Najzwyczajniej w świecie krzyknęłam na całą salę. On chwilę patrzył na mnie osłupiały, po czym spuścił głowę i wyszedł. Jednak zanim wyszedł stanął i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Powiesz mi chociaż co zrobiłem źle?-odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku i czekałam na dźwięk zamykanych drzwi. Jenka go nie usłyszałam... był to tak głośny trzask, ze odwróciłam głowę z powrotem , by sprawdzić czy drzwi są całe.

Samotność. To to czego potrzebowała. Chciałabym odizolować się od całego świata. Nie słyszeć tych uwag.... ale jesteś chuda! Czy ty coś jesz? Wyglądasz jak wrak człowieka. To przykre, kiedy nikt cię nie rozumie. Nie daje szansy się wytłumaczyć. Uznaje cie za inną...ale to ja do tego doprowadziła. Robiłam z siebie wrak człowieka i zamknęłam w sobie. Odepchnęłam i obrzydziłam do siebie ludzi. Zawsze wszystkich odpychałam. Nie mogłam ich do siebie przekonać, bo nie chciałam. Przywiązaliby się do mnie, a ja i tak odejdę. Wszystko przez tę chorobę. Przez nią odejdę, przez nią popadłam w depresję, przez nią nie korzystałam z życia, przez nią wszystko straciłam.

***

Wyszłam ze szpitala już 3 dni temu. Często na korytarzach widziałam Justina, który smutno snuł się między pustymi ścianami ośrodka. Był nieogolony i czasem chyba sam nie zdawał sobie sprawy z tego, że potrąca innych. Ja..? Nadal nikogo nie znam. Jedyna osoba z którą „rozmawiam” jest Dan. Zazwyczaj wygląda to jak... pierwsze filmy. Jest czarno-biało i nie ma dźwięku. W każdym razie nie ma dźwięku z mojej strony lub wydobywam z trudnością „Ta” , „No”. Właściwie to ma zaraz do niego iść. Od 3 dni próbuje ze mnie wydobyć co się stało. I jak mam mu to powiedzieć? To jest trudne. Cały czas próbuję ukryć, że jego pytanie wywołuje u mnie chęć płaczu. A wrażenie, że niedługo pęknę, nie daje mi spokoju.
-Witaj Lily!-powiedział radośnie Dan. Wytarłam coś obraźliwego dla jego entuzjazmu pod nosem i przeszłam przez trzymane jego chudą ręką drzwi. Jak zawsze moim oczom ukazał się zielony gabinet. Nie był on typowy....był w stylu Dana. Na podłodze mieściły się trzy duże worki wypchane czymś miękkim, służyły jako fotele. Gdzieś pod ścianą było czerwone biurko w nieokreślonym kształcie, a na nim pełno śmiesznych gadżetów. Jednak jedno mnie drażniło... napis na ścianie. Wielkimi, drukowanymi literami „ MOŻESZ WSZYTKO, TYLKO UWIERZ W SIEBIE”. Jęknęłam w frustracji i opadłam na miękką gąbkę. Moja papa uderzyła z taką siłą, że niemal dotknęła podłogi. Oparłam ręce na bokach i odchyliłam głowę do tyłu.
-...-cisza. O co chodzi? Nie powie mi niczego motywującego ja każdego dnia? Nie wyśmieje mojego pesymizmu? Nie spyta co mnie meczy? Spojrzałam na niego... Stał przy oknie i patrzył w dal. Był oparty łokciami o parapet, a jego włosy nie były tak idealne jak zwykle. Odwrócił się do mnie i zwęził oczy. Przypominał mi... kota w warkoczykach. Miał tak wielkie i fioletowe oczy pod oczami, jakby nie zmrużył oka w nocy.
-Wszystko w porządku?-wychrypiałam. On nadal milczał. Rozchylił cienkie wargi, lecz po chwili je zamknął.
-Nie rozumiem cię..-powiedział krążąc wokół mnie.-Wielu osobą udzielałem terapii. Jedni nie mieli odwagi powiedzieć co się stało, inni mi nie ufali, a jeszcze inni się bali, a ty? Ty po prostu nie chcesz. Masz gdzieś to, że ranisz innych. Zabijasz siebie i spadasz w dół. Czy ciebie to bawi?
-Przestań.-powstrzymywałam łzy. On....najzwyczajniej w świecie chciał mnie rozbić. Nawet jeśli chciałbym walczyć, nie mam siły.
-Sprawia ci radość ranienie innych? Sprawianie im bólu i cierpienia?-usiadł na bufie naprzeciwko mnie. -Odpychanie innych?-pomyślałam o przyjaciołach, rodzicach, znajomych i Justinie. Wszystkich odepchnęłam, ale tak jest lepiej. Jednak zabolało mnie to najbardziej. On dobrze o tym wiedział, a jakbym chciał mu dać na to dowód... rozpłakałam się. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam.
-A ciebie? Bawi cie niszczenie mnie. Rozłamywanie kawałek po kawałku?-wywrzeszczałam.-Nie, nie sprawia mi to wszystko radości. Odpycham innych , nie pozwolenie do siebie dojść i co ci do tego? Nie pomyślałeś, ze odpycham ich, żeby ich nie zranić? Nie. Zarzuciłeś mi, ze robię to umyślnie.
-Po cholerę? Czym ich zranisz?-wcięłam głęboki oddech.
-Śmiercią....



                                czytasz = komentujesz

dziewczyna-placzaca-likely-pl-0cc9c37b.gif

czwartek, 5 lutego 2015

Zapraszam na moją stronę na facebooku !!!!!

Hej wam wiem, że już długo mnie nie ma, ale no...  moi czytelnicy przeczytali wcześniej nie będę się powtarzać : / Co mogę zrobić, żeby pojawiły się jakiekolwiek komentarze? Chyba przyszedł na to czas nie uważacie  ( Ci którzy nie czytali notki wcześniej proszę o nie obrażenie się sformułowaniem tego zdania).  


Facebook


Kocham was! :*