sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział 6



czytasz = komentujesz


-Czemu mi się tak przyglądasz?-nie wyszłam w jego głosie złości czy irytacji. Był bardziej zaskoczony tym, ze jego osoba mnie interesuje. Co było komiczne, gdyż dwa miliardy osób na tym świecie jest jego fanem... Może nie chce tego tak dostrzegać? Pewnie stara sie choć udawać normalnego chłopaka. Szkoda tylko, ze to nie takie proste.
-Po prostu nie mogę cię rozgryźć...-i znów zanim pomyślałam to moja niewyparzona jadaczka wyklepała. Czemu ja zawsze mówię takie rzeczy. Moją twarz oblał rumieniec i ze zdenerwowania naciągnęłam rękawy bluzy na palce zaciskając pięści. Chłopak się uśmiechnął, co gdzieś w głębi mnie ucieszyło. Znów widać było te cudowne i pełne szczęścia oczy. Które nigdy by nie zwróciły na ciebie uwagi! Cholerna skaza ma rację.
-Ludzie mi mówią, że jestem jedną wielka zagadką, ale to tak jak ty. Wydaje mi się, że nie lubisz o sobie mówić...-nie wiem, co mnie naszło. Nie pytajcie, ale uśmiechnęłam się do niego i pełna energii powiedziałam do niego GŁOŚNO.
-A co chciałbyś wiedzieć?
-Osobiście to wszystko, ale że to niemożliwe to zacznij od początku.
-Więc...jestem Lily Julia Gonzales i mam 17 lat. Mieszkam w Nowym Yorku na ulicy Brooklyn. Moją najlepsza przyjaciółką jestem ja, to, że tu jestem jest zwykłym przypadkiem i... powiem ci coś w tajemnicy.-z uśmiechem pochylił mi się, bym mogła wyszeptać mu, to do ucha.-Znam osobiście Justina Drew Biebera.-poszłam dalej,a on tylko zachichotał i mnie dogonił. Kręcił na mnie z pożałowaniem głową.
-I jaki jest ten Justin?-spytał się mnie ironicznie.
-Nie mam pojęcia i nie chcę wiedzieć. Jeszcze się zapoznamy lepiej i co będzie.-chłopak wydawał się być nie w temacie, ale postanowiłam go nie wprowadzać. Machnęłam ręką , co sprawiło mi ból. Idiotka! Złapałam ją w bolącym miejscu i ścisnęłam lekko. Moja twarz wygięła się w niezadowoleniu.
-Co się....-nie dane było mu dokończyć, bo pojawił się Dan.

-Cześć wam!-poklepał mnie po plecach.-Justin możesz iść, a raczej musisz, bo twoja mama chciałaby z tobą porozmawiać. Pogadamy też o tym na zajęciach.-kiedy to mówił bawił się swoimi koralikami od włosów, machając głowa na boki. Idiota.. nie żebym miała coś przeciw lekko zacofanym ludziom...
-Nie chcę z nią rozmawiać i nie chcę rozmawiać z tobą i z kimkolwiek. Nie mam ochoty tu być!-wykrzyczał i poszedł w swoją stronę. Byłam oszołomiona. Aż tak bardzo przytłaczało go to miejsce? W sumie nie miałam pojęcia ile tu siedział i dlaczego. Może właśnie przez mamę? 
-Wybacz on nie rozumie, ze chcemy pomóc...-próbował mi wytłumaczyć, ale mu przerwałam.
-Nie, tak nie jest. Zamykacie nas tu z nadzieją, że nam pomożecie. A nawet jak wam się to uda to jest to efekt chwilowy i kończy się samobójstwem. Rodzice nas tu wysyłają, próbując się pozbyć kolejnego problemu! I powiem ci że to cholernie żałosne!-krzyknęłam i weszłam do gabinetu. Byłam zła, nie wściekła. Wszystko we mnie buzowało. Musiałam to na kogoś zrzucić. Musiałam kiedyś wybuchnąć. To normalne, ze człowiek w końcu nie wytrzymuje ciśnięcia tej całej presji, kłopotów i urazy w sobie. Musimy to z siebie wyrzucać, bo inaczej to nas zniszczy. Zniszczy nas psychicznie. To nas zje i w dodatku z wielka przyjemnością.
-Okey nawiązaliśmy kontakt wiemy już trochę co cię gryzie.-Odsunął mi fotel.
-Nic ci nie powiem.-wymamrotałam siadając na swoje miejsce.
-Przecież o nic nie pytałem.-usiadł naprzeciwko mnie i zmrużył na mnie oczy.-Co ukrywasz co?-nachylił się jeszcze bardziej.-Co posunęło się do próby samobójczej?-wzruszyłam ramionami, by pokazać mu, ze nie obchodzi mnie jego pytanie. Oczywiście, ze mnie obchodziło tylko nie chciałam mu tego pokazać. Tego jaka jestem słaba i właśnie walczę ze łzami.
-Jak długo tu będę​-wyszeptałam. To jedyne pytanie jakie do niego mam. Nie obchodzi mnie nic więcej. Chce już stąd wyjść. Nie pasuję tu. On zaś westchnął.
-Lily...zostajesz tu dopiero na obserwacji. Załóżmy na miesiąc. Jeśli nic nie stwierdzimy będziesz wolna.
-Miesiąc..-wyszeptałam sama do siebie i wstałam.
-Lily ufam ci i mam nadzieję, że dasz sobie pomóc.
-Pomóc? Błagam. Mi nie można pomóc. Jedyne co by mnie zmieniło na „lepsze”, to jakbym znalazła szczęście. Sens tego całego gówna!-wywrzeszczałam i wyszłam.

Krew we mnie buzowała, miałam ochotę w coś uderzyć. Normalnie zaczęłabym płakać i sięgnęłabym po żyletkę. Ale w tym porypanym mieście wariatów nawet nie można się zabić! Jebać to wszystko. Pobiegłam przed siebie. Wpadłam do stołówki- tak mi się zdaje- była tu masa osób. Słyszałam wszystko, ale niewyraźnie. Głosy się ze sobą mieszały. Obraz stawał się niewyraźny,a nogi się pode mną ugięły. Skronie mi pulsowały, a w głowie siedziało jedno, jedyne pytanie...czy to wreszcie koniec? Jenak kiedy moje pośladki miały zderzyć się z zimnymi kaflami w sali ktoś mnie złapał. Chciałam spojrzeć na wybawcę, ale moje powieki opadły całkowicie,a ja słyszałam ostatnie okrzyki mojego imienia. Ktoś kto je krzyczał musiał nachylać się nade mną, bo on był dominującym głosem. Chciałam otworzyć oczy, a może nie? Może chciałam, by były zamknięte na zawsze...


czytasz = komentujesz



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz