czytasz = komentujesz
-Czemu mi się
tak przyglądasz?-nie wyszłam w jego głosie złości czy irytacji.
Był bardziej zaskoczony tym, ze jego osoba mnie interesuje. Co było komiczne, gdyż dwa miliardy osób na tym świecie jest jego fanem... Może nie chce tego tak dostrzegać? Pewnie stara sie choć udawać normalnego chłopaka. Szkoda tylko, ze to nie takie proste.
-Po prostu nie
mogę cię rozgryźć...-i znów zanim pomyślałam to moja
niewyparzona jadaczka wyklepała. Czemu ja zawsze mówię takie
rzeczy. Moją twarz oblał rumieniec i ze zdenerwowania naciągnęłam
rękawy bluzy na palce zaciskając pięści. Chłopak się
uśmiechnął, co gdzieś w głębi mnie ucieszyło. Znów widać
było te cudowne i pełne szczęścia oczy. Które nigdy by nie
zwróciły na ciebie uwagi! Cholerna skaza ma rację.
-Ludzie mi mówią,
że jestem jedną wielka zagadką, ale to tak jak ty. Wydaje mi się,
że nie lubisz o sobie mówić...-nie wiem, co mnie naszło. Nie
pytajcie, ale uśmiechnęłam się do niego i pełna energii
powiedziałam do niego GŁOŚNO.
-A co chciałbyś
wiedzieć?
-Osobiście to
wszystko, ale że to niemożliwe to zacznij od początku.
-Więc...jestem
Lily Julia Gonzales i mam 17 lat. Mieszkam w Nowym Yorku na ulicy
Brooklyn. Moją najlepsza przyjaciółką jestem ja, to, że tu
jestem jest zwykłym przypadkiem i... powiem ci coś w tajemnicy.-z
uśmiechem pochylił mi się, bym mogła wyszeptać mu, to do
ucha.-Znam osobiście Justina Drew Biebera.-poszłam dalej,a on
tylko zachichotał i mnie dogonił. Kręcił na mnie z pożałowaniem
głową.
-I jaki jest ten
Justin?-spytał się mnie ironicznie.
-Nie mam pojęcia
i nie chcę wiedzieć. Jeszcze się zapoznamy lepiej i co
będzie.-chłopak wydawał się być nie w temacie, ale postanowiłam
go nie wprowadzać. Machnęłam ręką , co sprawiło mi ból.
Idiotka! Złapałam ją w bolącym miejscu i ścisnęłam
lekko. Moja twarz wygięła się w niezadowoleniu.
-Co się....-nie
dane było mu dokończyć, bo pojawił się Dan.
-Cześć
wam!-poklepał mnie po plecach.-Justin możesz iść, a raczej
musisz, bo twoja mama chciałaby z tobą
porozmawiać. Pogadamy też o tym na zajęciach.-kiedy to mówił
bawił się swoimi koralikami od włosów, machając głowa na boki. Idiota.. nie żebym miała coś przeciw lekko zacofanym ludziom...
-Nie chcę z nią
rozmawiać i nie chcę rozmawiać z tobą i z kimkolwiek. Nie mam
ochoty tu być!-wykrzyczał i poszedł w swoją stronę. Byłam
oszołomiona. Aż tak bardzo przytłaczało go to miejsce? W sumie nie miałam pojęcia ile tu siedział i dlaczego. Może właśnie przez mamę?
-Wybacz on nie
rozumie, ze chcemy pomóc...-próbował mi wytłumaczyć, ale mu
przerwałam.
-Nie, tak nie
jest. Zamykacie nas tu z nadzieją, że nam pomożecie. A nawet jak
wam się to uda to jest to efekt chwilowy i kończy się
samobójstwem. Rodzice nas tu wysyłają, próbując się pozbyć
kolejnego problemu! I powiem ci że to cholernie żałosne!-krzyknęłam i weszłam do gabinetu. Byłam zła, nie wściekła. Wszystko we mnie buzowało. Musiałam to na kogoś zrzucić. Musiałam kiedyś wybuchnąć. To
normalne, ze człowiek w końcu nie wytrzymuje ciśnięcia tej całej
presji, kłopotów i urazy w sobie. Musimy to z siebie wyrzucać, bo
inaczej to nas zniszczy. Zniszczy nas psychicznie. To nas zje i w
dodatku z wielka przyjemnością.
-Okey
nawiązaliśmy kontakt wiemy już trochę co cię gryzie.-Odsunął
mi fotel.
-Nic ci nie
powiem.-wymamrotałam siadając na swoje miejsce.
-Przecież o nic
nie pytałem.-usiadł naprzeciwko mnie i zmrużył na mnie oczy.-Co
ukrywasz co?-nachylił się jeszcze bardziej.-Co posunęło się do
próby samobójczej?-wzruszyłam ramionami, by pokazać mu, ze nie
obchodzi mnie jego pytanie. Oczywiście, ze mnie obchodziło tylko
nie chciałam mu tego pokazać. Tego jaka jestem słaba i właśnie
walczę ze łzami.
-Jak
długo tu będę-wyszeptałam. To jedyne pytanie jakie do niego
mam. Nie obchodzi mnie nic więcej. Chce już stąd wyjść. Nie
pasuję tu. On zaś westchnął.
-Lily...zostajesz
tu dopiero na obserwacji. Załóżmy na miesiąc. Jeśli nic nie
stwierdzimy będziesz wolna.
-Miesiąc..-wyszeptałam
sama do siebie i wstałam.
-Lily
ufam ci i mam nadzieję, że dasz sobie pomóc.
-Pomóc?
Błagam. Mi nie można pomóc. Jedyne co by mnie zmieniło na
„lepsze”, to jakbym znalazła szczęście. Sens tego całego
gówna!-wywrzeszczałam i wyszłam.
Krew
we mnie buzowała, miałam ochotę w coś uderzyć. Normalnie
zaczęłabym płakać i sięgnęłabym po żyletkę. Ale w tym
porypanym mieście wariatów nawet nie można się zabić! Jebać to
wszystko. Pobiegłam przed siebie. Wpadłam do stołówki- tak mi się
zdaje- była tu masa osób. Słyszałam wszystko, ale niewyraźnie.
Głosy się ze sobą mieszały. Obraz stawał się niewyraźny,a nogi
się pode mną ugięły. Skronie mi pulsowały, a w głowie
siedziało jedno, jedyne pytanie...czy to wreszcie koniec? Jenak
kiedy moje pośladki miały zderzyć się z zimnymi kaflami w sali
ktoś mnie złapał. Chciałam spojrzeć na wybawcę, ale moje
powieki opadły całkowicie,a ja słyszałam ostatnie okrzyki mojego
imienia. Ktoś kto je krzyczał musiał nachylać się nade mną, bo
on był dominującym głosem. Chciałam otworzyć oczy, a może nie?
Może chciałam, by były zamknięte na zawsze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz