środa, 11 lutego 2015

Rozdział 9.


                               czytasz = komentujesz




I teraz zrozumiałam. Zrobił to specjalnie. Chciał to ze mnie wyciągnąć. A ja mu powiedziałam. Powiedziałam mu o mojej tajemnicy. Moi rodzice wiedzieli, ale nigdy nie poruszali tego tematu. Udawali, że wszystko jest w porządku, oszukiwali sami siebie. Nigdy ze mną o tym nie rozmawiali, nie wspierali. Uznali to za zamknięty temat. Tak nie było. Dla mnie nadal trwa i będzie trwał do końca. To nie oni są chorzy, tylko ja. Ja odczuwam ten cholerny ból i cierpienie. Żyję ze świadomością śmierci.

Wstałam i wybiegłam. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w „moim” pokoju. Ukryć się przed wszystkim. Tych ludzi jest za dużo. Wydaje mi się, że kiedy wybiegłam każdy wzrok był skierowany na mnie. Łzy leciały po moich szczupłych polikach i zamazywały mi obraz. Nawet nie byłam pewna czy biegnę w dobrą stronę. Po prostu uciekałam. Uciekałam przed Danem, odpowiedzią, konsekwencjami i...prawdą. A jaka jest prawda? Jestem nic nie wartą wywłoką, która tylko zajmuje miejsce innym.

Mijałam wszelkie drzwi z napisami. Nawet nie chciało mi się ich czytać. Oczywiście musiałam na kogoś wpaść. Byłam lekko zaskoczona osobą znajdującą się naprzeciw. Otarłam mokrą ciecz, która zamazywała mi wszystko. Kobieta uśmiechnęło się do mnie z miną która mówiła wiele. Martwiła się i chciała pomóc, mimo że nie wiedziała o co chodzi. Kiedy się na nią patrzyło.. było pewne, ze można jej ufać i podarować wszystkie tajemnice.


Podała mi rękę, a ja z lekkim zawahaniem ją chwyciłam. Te same piękne oczy co pierwszego dnia. Teraz nadal były szczęśliwe, ale szczęście wymieszało się z opiekuńczością. Przyciągnęła mnie do siebie i pozwoliła zrobić to czego nigdy nie mogłam. Wypłakać się komuś na ramieniu. Zdawała mi się bliższa niż rodzina, dom czy cokolwiek na świecie...    

***

Czułam się świetnie. Życie we mnie wróciło, ale świat lekko nabrał barw. Uczucie tego, że komuś zależy i się martwi. Dotąd mi nie znane, a jak cudowne. Mimo, iż wiedziałam, że to złe, pozwoliłam do siebie dotrzeć. Pani Helena, była kobietą z kosmosu. Mądra, kochana i z ogromnym poczuciem humoru. Była stonowana, ale nie przesadzajmy. Po prostu idealna.

-I tak po prostu dała mu pani kosza?- starsza kobieta właśnie opowiadała o pierwszych zalotach jej świętej pamięci męża.
-No przecież kochana mówię. Przyszedł po mój balkon i zaczął mówić. Jak na tamte czasy był bardzo pomysłowy. Nauczyć się wiersza z „Romeo i Julia”. Ale cóż nie myślałam wtedy, że zakocham się w tym niegrzecznym chłopcu.-pokręciła głową z aprobatą. Była taka pełna życia i nadziei. Wydawała się gotowa przyjąć każdy cios „na klatę”. Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Widać było, ze wspomina.-Ohh brak mi tego staruszka i jego wybryków. Nawet kiedy był już w dosyć popisowym wieku wywijał jak szalony. Kochana jakbyś zobaczyła go na naszym ślubie. A moja suknia. Czysta klasa. Jedna z najlepszych na rynku. Odkładał na nią sporo czasu. Ile bym, dała by wrócić do tamtych lat...- zrobiło mi się przykro. Przytuliłam piękną panią Helenę dając jej otuchy. Wiedziałam jak to jest nie mieć oparcia,  ale ona nie zasługiwała na to.
-Na pewno stoi gdzieś obok i się do pani uśmiecha, śmiejąc się z pani wspomnień.-zapewniłam ją, a ona pocałowała mnie w czoła jak rodzoną wnuczkę i posłała szczery uśmiech.
-Dziecko... gdyby każda młodzież była tak cudowna jak ty. Szczera i uprzejma. Jesteś cudowną osobą i nie zapominaj o tym. Nie powinnaś zatracać się w swojej samotności. Wiem, ze pewnie cię to zdenerwuje, ale świat stoi przed tobą otworem. To co, ze masz tą cholerną chorobę. Ciesz się póki możesz. Zdziwisz się ile cię ominęło kiedy siedziałaś w swoich czterech ścianach. A jeśli chodzi o Justina. Nie ma sensu nikogo odpychać. Jeśli będzie cierpiał po twoim odejściu to znaczy, ze bardzo mu zależało i myślę, że będziecie wspaniałymi przyjaciółmi.  

                               czytasz = komentujesz



Rozdział 8.



                               czytasz = komentujesz

Oczami Lily 

Przede mną siedziała uśmiechająca się postać. Mimo, że była niewyraźna od razy stwierdziłam, że to Justin.

-Wyjdź.-to było celowe. Powiedziałam to tak sucho i bez uczuć, by dał sobie spokój. Zostawił mnie i moje życie w cholerę. Czy on nie rozumie, ze będę go niszczyć kawałek po kawałku. Nie chcę tego, ale nie panuję nad sobą. Na początku byłoby dobrze...potem zaczęłabym zabijać siebie pod każdy możliwym względem. Jemu, by na mnie zależało i mój ból, byłby jego bólem. Niszczyłabym dwie osoby naraz.
-Ale czemu?-wychrypiał ze skruchom. Czy on...czy mu jest głupio. Nie, to dobrze. Niech się obwinia i odejdzie. Odejdzie i nie wraca.
-Nie rozumiesz? Wyjdź i nie wracaj. Zostaw mnie w spokoju.-wykrzyknęłam. Nie mówiłam z uniesiony głosem. Najzwyczajniej w świecie krzyknęłam na całą salę. On chwilę patrzył na mnie osłupiały, po czym spuścił głowę i wyszedł. Jednak zanim wyszedł stanął i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Powiesz mi chociaż co zrobiłem źle?-odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku i czekałam na dźwięk zamykanych drzwi. Jenka go nie usłyszałam... był to tak głośny trzask, ze odwróciłam głowę z powrotem , by sprawdzić czy drzwi są całe.

Samotność. To to czego potrzebowała. Chciałabym odizolować się od całego świata. Nie słyszeć tych uwag.... ale jesteś chuda! Czy ty coś jesz? Wyglądasz jak wrak człowieka. To przykre, kiedy nikt cię nie rozumie. Nie daje szansy się wytłumaczyć. Uznaje cie za inną...ale to ja do tego doprowadziła. Robiłam z siebie wrak człowieka i zamknęłam w sobie. Odepchnęłam i obrzydziłam do siebie ludzi. Zawsze wszystkich odpychałam. Nie mogłam ich do siebie przekonać, bo nie chciałam. Przywiązaliby się do mnie, a ja i tak odejdę. Wszystko przez tę chorobę. Przez nią odejdę, przez nią popadłam w depresję, przez nią nie korzystałam z życia, przez nią wszystko straciłam.

***

Wyszłam ze szpitala już 3 dni temu. Często na korytarzach widziałam Justina, który smutno snuł się między pustymi ścianami ośrodka. Był nieogolony i czasem chyba sam nie zdawał sobie sprawy z tego, że potrąca innych. Ja..? Nadal nikogo nie znam. Jedyna osoba z którą „rozmawiam” jest Dan. Zazwyczaj wygląda to jak... pierwsze filmy. Jest czarno-biało i nie ma dźwięku. W każdym razie nie ma dźwięku z mojej strony lub wydobywam z trudnością „Ta” , „No”. Właściwie to ma zaraz do niego iść. Od 3 dni próbuje ze mnie wydobyć co się stało. I jak mam mu to powiedzieć? To jest trudne. Cały czas próbuję ukryć, że jego pytanie wywołuje u mnie chęć płaczu. A wrażenie, że niedługo pęknę, nie daje mi spokoju.
-Witaj Lily!-powiedział radośnie Dan. Wytarłam coś obraźliwego dla jego entuzjazmu pod nosem i przeszłam przez trzymane jego chudą ręką drzwi. Jak zawsze moim oczom ukazał się zielony gabinet. Nie był on typowy....był w stylu Dana. Na podłodze mieściły się trzy duże worki wypchane czymś miękkim, służyły jako fotele. Gdzieś pod ścianą było czerwone biurko w nieokreślonym kształcie, a na nim pełno śmiesznych gadżetów. Jednak jedno mnie drażniło... napis na ścianie. Wielkimi, drukowanymi literami „ MOŻESZ WSZYTKO, TYLKO UWIERZ W SIEBIE”. Jęknęłam w frustracji i opadłam na miękką gąbkę. Moja papa uderzyła z taką siłą, że niemal dotknęła podłogi. Oparłam ręce na bokach i odchyliłam głowę do tyłu.
-...-cisza. O co chodzi? Nie powie mi niczego motywującego ja każdego dnia? Nie wyśmieje mojego pesymizmu? Nie spyta co mnie meczy? Spojrzałam na niego... Stał przy oknie i patrzył w dal. Był oparty łokciami o parapet, a jego włosy nie były tak idealne jak zwykle. Odwrócił się do mnie i zwęził oczy. Przypominał mi... kota w warkoczykach. Miał tak wielkie i fioletowe oczy pod oczami, jakby nie zmrużył oka w nocy.
-Wszystko w porządku?-wychrypiałam. On nadal milczał. Rozchylił cienkie wargi, lecz po chwili je zamknął.
-Nie rozumiem cię..-powiedział krążąc wokół mnie.-Wielu osobą udzielałem terapii. Jedni nie mieli odwagi powiedzieć co się stało, inni mi nie ufali, a jeszcze inni się bali, a ty? Ty po prostu nie chcesz. Masz gdzieś to, że ranisz innych. Zabijasz siebie i spadasz w dół. Czy ciebie to bawi?
-Przestań.-powstrzymywałam łzy. On....najzwyczajniej w świecie chciał mnie rozbić. Nawet jeśli chciałbym walczyć, nie mam siły.
-Sprawia ci radość ranienie innych? Sprawianie im bólu i cierpienia?-usiadł na bufie naprzeciwko mnie. -Odpychanie innych?-pomyślałam o przyjaciołach, rodzicach, znajomych i Justinie. Wszystkich odepchnęłam, ale tak jest lepiej. Jednak zabolało mnie to najbardziej. On dobrze o tym wiedział, a jakbym chciał mu dać na to dowód... rozpłakałam się. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam.
-A ciebie? Bawi cie niszczenie mnie. Rozłamywanie kawałek po kawałku?-wywrzeszczałam.-Nie, nie sprawia mi to wszystko radości. Odpycham innych , nie pozwolenie do siebie dojść i co ci do tego? Nie pomyślałeś, ze odpycham ich, żeby ich nie zranić? Nie. Zarzuciłeś mi, ze robię to umyślnie.
-Po cholerę? Czym ich zranisz?-wcięłam głęboki oddech.
-Śmiercią....



                                czytasz = komentujesz

dziewczyna-placzaca-likely-pl-0cc9c37b.gif

czwartek, 5 lutego 2015

Zapraszam na moją stronę na facebooku !!!!!

Hej wam wiem, że już długo mnie nie ma, ale no...  moi czytelnicy przeczytali wcześniej nie będę się powtarzać : / Co mogę zrobić, żeby pojawiły się jakiekolwiek komentarze? Chyba przyszedł na to czas nie uważacie  ( Ci którzy nie czytali notki wcześniej proszę o nie obrażenie się sformułowaniem tego zdania).  


Facebook


Kocham was! :*

niedziela, 25 stycznia 2015

Proszę...PRZECZYTAJCIE

Hej wam! Jeżeli myślicie, że zawieszam bloga to się mylicie!!! Nigdy! Po prostu nie mam motywacji... Nie ma komentarzy i kończą mi się pomysły, a jeżeli je mam to jak pisze wychodzi jakąś tak drętwo... Nie piszę tego tylko dla siebie, ale też dla was... Widzę, ze to czytacie, ale nie mam pojęcia co myślicie, co wam się nie podoba, a co zmienić :( Wydaje mi się, że skoro nie dajecie mi komentarzy, to jest to tak koszmarne, że nie macie co mówić. 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rozdział 7


czytasz = komentujesz





***

Leżałam na czymś twardym, ale tylko nogami i pośladkami. Moje plecy były uniesione, a głowę ktoś podtrzymywał delikatnymi dłońmi. Czy żyję? To było pierwsze pytanie jaki sobie zadałam. Głosy wokół mnie były głośne i wyraźnie spanikowane. Ale jeden z nich był nad moją głowa. Drżał i szeptał do mojego ucha.. Lily obudź się to nie jest zabawne! Posłuchałam cudownego głosu i powoli otworzyłam powieki. Było kolorowo, a ścianę zdobiły malunki kwiatów rozrastających się nawet po suficie. Stoliki były w kształcie kwiatów,a krzesła pomalowane na zielono. Było bardzo kolorowo. Uśmiechnęłam się na ten widok.
-Lily?-zerknęłam w bok na osobę która mnie trzymała. Był to Justin. Jego piękne tęczówki znów zabłysły kolorem brązu wymieszanego ze złotem. W nich tańczyły iskierki nadziei. Mogłabym na nie patrzeć cały dzień.
-Justin twoje oczy...-pogładziłam jego policzek. Nie wiem czemu to robiłam. Chyba byłam jeszcze otumaniona. Justin się uśmiechnął tak uroczo, że myślałam, ze znów zemdleję. Obraz miałam już ostry, ale słuch zawadzał,a w skroniach czułam ból. Momentalnie usiadłam i chwyciłam się za głowę. Syknęłam.
-Lily co się dzieje!-powiedział spanikowany gwiazdor. Pokręciłam przecząco głową. Idiotka! Nie zna cię czemu miałby ci pomóc? Myślisz, że mu na tobie zależy? Nikt cię nie kocha, nikt za tobą nie tęskni! Głupia podświadomość. Przybyła razem z depresją. Była częścią mojego dołka psychicznego. Ale prawda była taka, ze jest częścią mnie czyli tak naprawdę w głębi duszy to ja tak myślę. Nie doceniam siebie, tego co mam, bo nie mam nic. A może tylko mi się tak wydaje?
-Moja głowa.-ponownie syknęłam. Chłopak powiedział do kogoś,aby poszedł po pomoc. Chwilę potem znów odpłynęłam. Nie wiem co się działo, ale ból był przeszywający. Nie mogłam skupić się na jednej myśli... 

***

Czasem zastanawiam się jak jest tam. Właśnie tam. Niektórzy mówią niebo i piekło. Ciekawe czy to tak jest. Może niebo i piekło to tylko mityczne miejsca. A jeśli po śmierci po prostu zaczynamy od nowa? Charakter, gesty, wygląd są podobne, ale pamięć się resetuje? W niektórych chwilach myślałam, ze niebo polega na tym, że zasypiamy i śnimy o cudownych chwilach, rzeczach i sytuacjach, a piekło to najskrytsze koszmary. A jeśli nigdy nie zdamy sobie sprawy z tego, że nie żyjemy i będziemy chodzić po świecie i myśleć, że wszyscy nas ignorują. A może niektórzy ludzie nas otaczający, to duchy? Wydaje mi się tez, ze śmierć nie przychodzi naturalnie...moim zdaniem są to stworzenia we wcieleniu ludzi, którzy obserwują nas i sami decydują kiedy nadejdzie na nas czas i zabiorą nasza dusze, a ciało zabierze ze sobą ziemia...

A jednak nie. Żyje. Już od paru minut, a może godziny, leżę na łóżku. Tak mi się wydaje. W moich nozdrzach czuję zapach odkażaczy i apteki. Czułam się dobrze, a nawet lepiej więc bez przeszkód otworzyłam oczu. Jenak po chwili je zamknęłam. Światło było białe i bardzo rażące. Przyłożyłam ręce do twarzy,a raczej próbowałam, bo ktoś jedną trzymał. Ponowiłam próbę i otworzyłam oczy, tym razem mrugając. Przede mną siedziała uśmiechająca się postać. Mimo, że była niewyraźna od razy stwierdziłam, że to Justin.

czytasz = komentujesz


sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział 6



czytasz = komentujesz


-Czemu mi się tak przyglądasz?-nie wyszłam w jego głosie złości czy irytacji. Był bardziej zaskoczony tym, ze jego osoba mnie interesuje. Co było komiczne, gdyż dwa miliardy osób na tym świecie jest jego fanem... Może nie chce tego tak dostrzegać? Pewnie stara sie choć udawać normalnego chłopaka. Szkoda tylko, ze to nie takie proste.
-Po prostu nie mogę cię rozgryźć...-i znów zanim pomyślałam to moja niewyparzona jadaczka wyklepała. Czemu ja zawsze mówię takie rzeczy. Moją twarz oblał rumieniec i ze zdenerwowania naciągnęłam rękawy bluzy na palce zaciskając pięści. Chłopak się uśmiechnął, co gdzieś w głębi mnie ucieszyło. Znów widać było te cudowne i pełne szczęścia oczy. Które nigdy by nie zwróciły na ciebie uwagi! Cholerna skaza ma rację.
-Ludzie mi mówią, że jestem jedną wielka zagadką, ale to tak jak ty. Wydaje mi się, że nie lubisz o sobie mówić...-nie wiem, co mnie naszło. Nie pytajcie, ale uśmiechnęłam się do niego i pełna energii powiedziałam do niego GŁOŚNO.
-A co chciałbyś wiedzieć?
-Osobiście to wszystko, ale że to niemożliwe to zacznij od początku.
-Więc...jestem Lily Julia Gonzales i mam 17 lat. Mieszkam w Nowym Yorku na ulicy Brooklyn. Moją najlepsza przyjaciółką jestem ja, to, że tu jestem jest zwykłym przypadkiem i... powiem ci coś w tajemnicy.-z uśmiechem pochylił mi się, bym mogła wyszeptać mu, to do ucha.-Znam osobiście Justina Drew Biebera.-poszłam dalej,a on tylko zachichotał i mnie dogonił. Kręcił na mnie z pożałowaniem głową.
-I jaki jest ten Justin?-spytał się mnie ironicznie.
-Nie mam pojęcia i nie chcę wiedzieć. Jeszcze się zapoznamy lepiej i co będzie.-chłopak wydawał się być nie w temacie, ale postanowiłam go nie wprowadzać. Machnęłam ręką , co sprawiło mi ból. Idiotka! Złapałam ją w bolącym miejscu i ścisnęłam lekko. Moja twarz wygięła się w niezadowoleniu.
-Co się....-nie dane było mu dokończyć, bo pojawił się Dan.

-Cześć wam!-poklepał mnie po plecach.-Justin możesz iść, a raczej musisz, bo twoja mama chciałaby z tobą porozmawiać. Pogadamy też o tym na zajęciach.-kiedy to mówił bawił się swoimi koralikami od włosów, machając głowa na boki. Idiota.. nie żebym miała coś przeciw lekko zacofanym ludziom...
-Nie chcę z nią rozmawiać i nie chcę rozmawiać z tobą i z kimkolwiek. Nie mam ochoty tu być!-wykrzyczał i poszedł w swoją stronę. Byłam oszołomiona. Aż tak bardzo przytłaczało go to miejsce? W sumie nie miałam pojęcia ile tu siedział i dlaczego. Może właśnie przez mamę? 
-Wybacz on nie rozumie, ze chcemy pomóc...-próbował mi wytłumaczyć, ale mu przerwałam.
-Nie, tak nie jest. Zamykacie nas tu z nadzieją, że nam pomożecie. A nawet jak wam się to uda to jest to efekt chwilowy i kończy się samobójstwem. Rodzice nas tu wysyłają, próbując się pozbyć kolejnego problemu! I powiem ci że to cholernie żałosne!-krzyknęłam i weszłam do gabinetu. Byłam zła, nie wściekła. Wszystko we mnie buzowało. Musiałam to na kogoś zrzucić. Musiałam kiedyś wybuchnąć. To normalne, ze człowiek w końcu nie wytrzymuje ciśnięcia tej całej presji, kłopotów i urazy w sobie. Musimy to z siebie wyrzucać, bo inaczej to nas zniszczy. Zniszczy nas psychicznie. To nas zje i w dodatku z wielka przyjemnością.
-Okey nawiązaliśmy kontakt wiemy już trochę co cię gryzie.-Odsunął mi fotel.
-Nic ci nie powiem.-wymamrotałam siadając na swoje miejsce.
-Przecież o nic nie pytałem.-usiadł naprzeciwko mnie i zmrużył na mnie oczy.-Co ukrywasz co?-nachylił się jeszcze bardziej.-Co posunęło się do próby samobójczej?-wzruszyłam ramionami, by pokazać mu, ze nie obchodzi mnie jego pytanie. Oczywiście, ze mnie obchodziło tylko nie chciałam mu tego pokazać. Tego jaka jestem słaba i właśnie walczę ze łzami.
-Jak długo tu będę​-wyszeptałam. To jedyne pytanie jakie do niego mam. Nie obchodzi mnie nic więcej. Chce już stąd wyjść. Nie pasuję tu. On zaś westchnął.
-Lily...zostajesz tu dopiero na obserwacji. Załóżmy na miesiąc. Jeśli nic nie stwierdzimy będziesz wolna.
-Miesiąc..-wyszeptałam sama do siebie i wstałam.
-Lily ufam ci i mam nadzieję, że dasz sobie pomóc.
-Pomóc? Błagam. Mi nie można pomóc. Jedyne co by mnie zmieniło na „lepsze”, to jakbym znalazła szczęście. Sens tego całego gówna!-wywrzeszczałam i wyszłam.

Krew we mnie buzowała, miałam ochotę w coś uderzyć. Normalnie zaczęłabym płakać i sięgnęłabym po żyletkę. Ale w tym porypanym mieście wariatów nawet nie można się zabić! Jebać to wszystko. Pobiegłam przed siebie. Wpadłam do stołówki- tak mi się zdaje- była tu masa osób. Słyszałam wszystko, ale niewyraźnie. Głosy się ze sobą mieszały. Obraz stawał się niewyraźny,a nogi się pode mną ugięły. Skronie mi pulsowały, a w głowie siedziało jedno, jedyne pytanie...czy to wreszcie koniec? Jenak kiedy moje pośladki miały zderzyć się z zimnymi kaflami w sali ktoś mnie złapał. Chciałam spojrzeć na wybawcę, ale moje powieki opadły całkowicie,a ja słyszałam ostatnie okrzyki mojego imienia. Ktoś kto je krzyczał musiał nachylać się nade mną, bo on był dominującym głosem. Chciałam otworzyć oczy, a może nie? Może chciałam, by były zamknięte na zawsze...


czytasz = komentujesz



piątek, 16 stycznia 2015

Rozdział 5

czytasz = komentujesz


-Lily mówię do ciebie.-zamrugałam wracając do świata żywych.-Pytam się czy cię oprowadzić.-powiedział wyraźnie i powoli, jakbym była przedszkolakiem. Zanim jak to ja pomyślałam, pokiwałam twierdząco głową. Coś ty narobiła Lily?Skarciłam się w myślach. Wstał z uśmiechem i podał mi dłoń.
-Czemu ze mną rozmawiasz?-to pytanie nurtuje mnie od samego poznania się. Kto normalny , a w szczególności Justin Bieber chciałby gadać z Lily Gonzales? Błagam...
-Nudno mi tu. Nie ma nikogo w moim wieku więc rozmawiam z tobą.-wzruszył ramionami uśmiechając się do mnie.
-Nudzi? Pewnie tłum fanek dobija się tu do drzwi!-Lily myśl logicznie kiedy tu przyszłaś nie był żywej duszy. Skaza znów dała o sobie znać. Hmm.. pewnie nikt nie wie, że tu jest. W końcu kto chciałby mieć na głowie tłum krzyczących dziewczyn?
-Nie raczej nie. Nikt nie wie gdzie jestem oprócz mamy i menadżera..-uśmiechnął się do mnie i po raz setny dzisiejszego dnia wzruszył ramionami.
-Przestań.-powiedziałam, krótko obdarzając go spojrzeniem. Jego oczy się śmiały. Nie mam pojęcia co tu robi. Jest wesoły i zachowuje się normalnie...chyba, że tak długo byłam w samotności, że nie wiem jak zachowuje się normalny człowiek.
-Ale co?-jęknęłam, bo znów powtórzył czynność.
-Udawać, że jest ci to obojętne. Wzruszasz ramionami udając, że ci nie zależy, ale tam w głębi..-pokazałam palcem na jego serce.-Cieszysz się jak małe dziecko, bo masz wsparcie.
-Może masz racje...
-Nie mogę mieć stu procentowej racji. Nie jestem Bogiem, by ją mieć.
-Możesz. Bóg dał nam możliwość dochodzenia do czegoś. Więc z niej korzystajmy.-widziałam, że powstrzymał się od wzruszenia ramionami, co mnie ucieszyło. Skoro tego nie zrobił znaczy, że mnie szanuje. Mnie i moje słowa. Najwidoczniej nie należy do gwiazd, które szanują tylko osoby z kasą.. Znaczy „szanują” , przy nich są miłe, a potem mówią jak to ich nie lubią i są wkurzający.
-Chodź musisz iść do Dana.-znów chciał mnie chwycić za dłoń, ale ja ,aż zrobiłam krok w tył.
-Przepraszam.-spuściłam głowę, on jakby nie widział za co przepraszam...jedynie dziwnie na mnie spojrzał i otworzył mi drzwi. Wyszłam z pomieszczenia i już nie musiałam dźwigać tych cholernych walizek.


Pospiesznie wyszłam z pokoju i wciąż patrzyłam tylko i wyłącznie na swoje buty. Justin nadal był speszony moim zachowaniem. Zauważyłam ,że kiedy  obok mnie przeszedł spiął, a włoski na jego karku się uniosły. Czyżby czuł do mnie taką niechęć? Może ze mną naprawdę jest..coś nie tak. Wyglądam chyba normalnie, ale moje zachowanie? Nie mam pojęcia co mówić jakie gesty wykonywać. Ostatni rok, tak naprawdę byłam w odosobnieniu. Justin nic nie mówił. Wcześniej milczenie wydawało mi się dobrym rozwiązaniem na..właściwie wszystko, ale teraz jest to jak męczarnia. Chyba wolałabym, jakby ktoś się nade mną znęcał fizycznie. Chłopak znów był zgaszony w oczach. Jego piękne, śnieżnobiałe zęby, chowały się za pełnymi, malinowymi wargami w kształcie serca. Zastanawia mnie tylko o czym myślał. Raz jest wesoły, szczęśliwy, a raz cichy nawet nie otwiera buzi.

czytasz = komentujesz