środa, 11 lutego 2015

Rozdział 8.



                               czytasz = komentujesz

Oczami Lily 

Przede mną siedziała uśmiechająca się postać. Mimo, że była niewyraźna od razy stwierdziłam, że to Justin.

-Wyjdź.-to było celowe. Powiedziałam to tak sucho i bez uczuć, by dał sobie spokój. Zostawił mnie i moje życie w cholerę. Czy on nie rozumie, ze będę go niszczyć kawałek po kawałku. Nie chcę tego, ale nie panuję nad sobą. Na początku byłoby dobrze...potem zaczęłabym zabijać siebie pod każdy możliwym względem. Jemu, by na mnie zależało i mój ból, byłby jego bólem. Niszczyłabym dwie osoby naraz.
-Ale czemu?-wychrypiał ze skruchom. Czy on...czy mu jest głupio. Nie, to dobrze. Niech się obwinia i odejdzie. Odejdzie i nie wraca.
-Nie rozumiesz? Wyjdź i nie wracaj. Zostaw mnie w spokoju.-wykrzyknęłam. Nie mówiłam z uniesiony głosem. Najzwyczajniej w świecie krzyknęłam na całą salę. On chwilę patrzył na mnie osłupiały, po czym spuścił głowę i wyszedł. Jednak zanim wyszedł stanął i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Powiesz mi chociaż co zrobiłem źle?-odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku i czekałam na dźwięk zamykanych drzwi. Jenka go nie usłyszałam... był to tak głośny trzask, ze odwróciłam głowę z powrotem , by sprawdzić czy drzwi są całe.

Samotność. To to czego potrzebowała. Chciałabym odizolować się od całego świata. Nie słyszeć tych uwag.... ale jesteś chuda! Czy ty coś jesz? Wyglądasz jak wrak człowieka. To przykre, kiedy nikt cię nie rozumie. Nie daje szansy się wytłumaczyć. Uznaje cie za inną...ale to ja do tego doprowadziła. Robiłam z siebie wrak człowieka i zamknęłam w sobie. Odepchnęłam i obrzydziłam do siebie ludzi. Zawsze wszystkich odpychałam. Nie mogłam ich do siebie przekonać, bo nie chciałam. Przywiązaliby się do mnie, a ja i tak odejdę. Wszystko przez tę chorobę. Przez nią odejdę, przez nią popadłam w depresję, przez nią nie korzystałam z życia, przez nią wszystko straciłam.

***

Wyszłam ze szpitala już 3 dni temu. Często na korytarzach widziałam Justina, który smutno snuł się między pustymi ścianami ośrodka. Był nieogolony i czasem chyba sam nie zdawał sobie sprawy z tego, że potrąca innych. Ja..? Nadal nikogo nie znam. Jedyna osoba z którą „rozmawiam” jest Dan. Zazwyczaj wygląda to jak... pierwsze filmy. Jest czarno-biało i nie ma dźwięku. W każdym razie nie ma dźwięku z mojej strony lub wydobywam z trudnością „Ta” , „No”. Właściwie to ma zaraz do niego iść. Od 3 dni próbuje ze mnie wydobyć co się stało. I jak mam mu to powiedzieć? To jest trudne. Cały czas próbuję ukryć, że jego pytanie wywołuje u mnie chęć płaczu. A wrażenie, że niedługo pęknę, nie daje mi spokoju.
-Witaj Lily!-powiedział radośnie Dan. Wytarłam coś obraźliwego dla jego entuzjazmu pod nosem i przeszłam przez trzymane jego chudą ręką drzwi. Jak zawsze moim oczom ukazał się zielony gabinet. Nie był on typowy....był w stylu Dana. Na podłodze mieściły się trzy duże worki wypchane czymś miękkim, służyły jako fotele. Gdzieś pod ścianą było czerwone biurko w nieokreślonym kształcie, a na nim pełno śmiesznych gadżetów. Jednak jedno mnie drażniło... napis na ścianie. Wielkimi, drukowanymi literami „ MOŻESZ WSZYTKO, TYLKO UWIERZ W SIEBIE”. Jęknęłam w frustracji i opadłam na miękką gąbkę. Moja papa uderzyła z taką siłą, że niemal dotknęła podłogi. Oparłam ręce na bokach i odchyliłam głowę do tyłu.
-...-cisza. O co chodzi? Nie powie mi niczego motywującego ja każdego dnia? Nie wyśmieje mojego pesymizmu? Nie spyta co mnie meczy? Spojrzałam na niego... Stał przy oknie i patrzył w dal. Był oparty łokciami o parapet, a jego włosy nie były tak idealne jak zwykle. Odwrócił się do mnie i zwęził oczy. Przypominał mi... kota w warkoczykach. Miał tak wielkie i fioletowe oczy pod oczami, jakby nie zmrużył oka w nocy.
-Wszystko w porządku?-wychrypiałam. On nadal milczał. Rozchylił cienkie wargi, lecz po chwili je zamknął.
-Nie rozumiem cię..-powiedział krążąc wokół mnie.-Wielu osobą udzielałem terapii. Jedni nie mieli odwagi powiedzieć co się stało, inni mi nie ufali, a jeszcze inni się bali, a ty? Ty po prostu nie chcesz. Masz gdzieś to, że ranisz innych. Zabijasz siebie i spadasz w dół. Czy ciebie to bawi?
-Przestań.-powstrzymywałam łzy. On....najzwyczajniej w świecie chciał mnie rozbić. Nawet jeśli chciałbym walczyć, nie mam siły.
-Sprawia ci radość ranienie innych? Sprawianie im bólu i cierpienia?-usiadł na bufie naprzeciwko mnie. -Odpychanie innych?-pomyślałam o przyjaciołach, rodzicach, znajomych i Justinie. Wszystkich odepchnęłam, ale tak jest lepiej. Jednak zabolało mnie to najbardziej. On dobrze o tym wiedział, a jakbym chciał mu dać na to dowód... rozpłakałam się. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam.
-A ciebie? Bawi cie niszczenie mnie. Rozłamywanie kawałek po kawałku?-wywrzeszczałam.-Nie, nie sprawia mi to wszystko radości. Odpycham innych , nie pozwolenie do siebie dojść i co ci do tego? Nie pomyślałeś, ze odpycham ich, żeby ich nie zranić? Nie. Zarzuciłeś mi, ze robię to umyślnie.
-Po cholerę? Czym ich zranisz?-wcięłam głęboki oddech.
-Śmiercią....



                                czytasz = komentujesz

dziewczyna-placzaca-likely-pl-0cc9c37b.gif

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz