czytasz = komentujesz
Oczami Lily
Przede
mną siedziała uśmiechająca się postać. Mimo, że była
niewyraźna od razy stwierdziłam, że to Justin.
-Wyjdź.-to było celowe. Powiedziałam to tak sucho i bez uczuć,
by dał sobie spokój. Zostawił mnie i moje życie w cholerę. Czy
on nie rozumie, ze będę go niszczyć kawałek po kawałku. Nie chcę
tego, ale nie panuję nad sobą. Na początku byłoby dobrze...potem
zaczęłabym zabijać siebie pod każdy możliwym względem. Jemu,
by na mnie zależało i mój ból, byłby jego bólem. Niszczyłabym
dwie osoby naraz.
-Ale
czemu?-wychrypiał ze skruchom. Czy on...czy mu jest głupio. Nie, to
dobrze. Niech się obwinia i odejdzie. Odejdzie i nie wraca.
-Nie
rozumiesz? Wyjdź i nie wracaj. Zostaw mnie w spokoju.-wykrzyknęłam.
Nie mówiłam z uniesiony głosem. Najzwyczajniej w świecie
krzyknęłam na całą salę. On chwilę patrzył na mnie osłupiały,
po czym spuścił głowę i wyszedł. Jednak zanim wyszedł stanął
i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Powiesz
mi chociaż co zrobiłem źle?-odwróciłam głowę w przeciwnym
kierunku i czekałam na dźwięk zamykanych drzwi. Jenka go nie
usłyszałam... był to tak głośny trzask, ze odwróciłam głowę
z powrotem , by sprawdzić czy drzwi są całe.
Samotność. To to czego
potrzebowała. Chciałabym odizolować się od całego świata. Nie
słyszeć tych uwag.... ale jesteś chuda! Czy ty coś jesz?
Wyglądasz jak wrak człowieka. To przykre, kiedy nikt cię nie
rozumie. Nie daje szansy się wytłumaczyć. Uznaje cie za inną...ale
to ja do tego doprowadziła. Robiłam z siebie wrak człowieka i
zamknęłam w sobie. Odepchnęłam i obrzydziłam do siebie ludzi.
Zawsze wszystkich odpychałam. Nie mogłam ich do siebie przekonać,
bo nie chciałam. Przywiązaliby się do mnie, a ja i tak odejdę.
Wszystko przez tę chorobę. Przez nią odejdę, przez nią popadłam
w depresję, przez nią nie korzystałam z życia, przez nią
wszystko straciłam.
***
Wyszłam ze szpitala już
3 dni temu. Często na korytarzach widziałam Justina, który smutno
snuł się między pustymi ścianami ośrodka. Był nieogolony i
czasem chyba sam nie zdawał sobie sprawy z tego, że potrąca
innych. Ja..? Nadal nikogo nie znam. Jedyna osoba z którą
„rozmawiam” jest Dan. Zazwyczaj wygląda to jak... pierwsze
filmy. Jest czarno-biało i nie ma dźwięku. W każdym razie nie ma
dźwięku z mojej strony lub wydobywam z trudnością „Ta” ,
„No”. Właściwie to ma zaraz do niego iść. Od 3 dni próbuje
ze mnie wydobyć co się stało. I jak mam mu to powiedzieć? To jest
trudne. Cały czas próbuję ukryć, że jego pytanie wywołuje u
mnie chęć płaczu. A wrażenie, że niedługo pęknę, nie daje mi spokoju.
-Witaj Lily!-powiedział
radośnie Dan. Wytarłam coś obraźliwego dla jego entuzjazmu pod
nosem i przeszłam przez trzymane jego chudą ręką drzwi. Jak
zawsze moim oczom ukazał się zielony gabinet. Nie był on
typowy....był w stylu Dana. Na podłodze mieściły się trzy duże
worki wypchane czymś miękkim, służyły jako fotele. Gdzieś pod
ścianą było czerwone biurko w nieokreślonym kształcie, a na nim
pełno śmiesznych gadżetów. Jednak jedno mnie drażniło... napis
na ścianie. Wielkimi, drukowanymi literami „ MOŻESZ WSZYTKO,
TYLKO UWIERZ W SIEBIE”. Jęknęłam w frustracji i opadłam na
miękką gąbkę. Moja papa uderzyła z taką siłą, że niemal
dotknęła podłogi. Oparłam ręce na bokach i odchyliłam głowę
do tyłu.
-...-cisza. O co chodzi?
Nie powie mi niczego motywującego ja każdego dnia? Nie wyśmieje
mojego pesymizmu? Nie spyta co mnie meczy? Spojrzałam na niego...
Stał przy oknie i patrzył w dal. Był oparty łokciami o parapet, a
jego włosy nie były tak idealne jak zwykle. Odwrócił się do mnie
i zwęził oczy. Przypominał mi... kota w warkoczykach. Miał tak
wielkie i fioletowe oczy pod oczami, jakby nie zmrużył oka w nocy.
-Wszystko w
porządku?-wychrypiałam. On nadal milczał. Rozchylił cienkie
wargi, lecz po chwili je zamknął.
-Nie rozumiem
cię..-powiedział krążąc wokół mnie.-Wielu osobą udzielałem
terapii. Jedni nie mieli odwagi powiedzieć co się stało, inni mi
nie ufali, a jeszcze inni się bali, a ty? Ty po prostu nie chcesz.
Masz gdzieś to, że ranisz innych. Zabijasz siebie i spadasz w dół.
Czy ciebie to bawi?
-Przestań.-powstrzymywałam
łzy. On....najzwyczajniej w świecie chciał mnie rozbić. Nawet
jeśli chciałbym walczyć, nie mam siły.
-Sprawia ci radość
ranienie innych? Sprawianie im bólu i cierpienia?-usiadł na bufie
naprzeciwko mnie. -Odpychanie innych?-pomyślałam o przyjaciołach,
rodzicach, znajomych i Justinie. Wszystkich odepchnęłam, ale tak
jest lepiej. Jednak zabolało mnie to najbardziej. On dobrze o tym
wiedział, a jakbym chciał mu dać na to dowód... rozpłakałam
się. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam.
-A ciebie? Bawi cie
niszczenie mnie. Rozłamywanie kawałek po
kawałku?-wywrzeszczałam.-Nie, nie sprawia mi to wszystko radości.
Odpycham innych , nie pozwolenie do siebie dojść i co ci do tego?
Nie pomyślałeś, ze odpycham ich, żeby ich nie zranić? Nie.
Zarzuciłeś mi, ze robię to umyślnie.
-Po cholerę? Czym ich
zranisz?-wcięłam głęboki oddech.
-Śmiercią....
czytasz = komentujesz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz