niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 2

czytasz = komentujesz


Oczami Lily

Nie odzywałam się do nich od wczoraj. Właśnie wysiadam z samochodu i stojąc przed budynkiem o nazwie " zakład psychiatryczny" i wiecie co? Czuje się jak kompletny świr. Ścisnęłam w ręce moje walizki zamykam w oczy. Chcę się obudzić no dalej. Lily dawaj obudź się! Modliłam się w myślach. Poczułam męską dłoń pomiędzy łopatkami lekko popychającą mnie do przodu. Wypuściłam głośno powietrze i ruszyłam przed siebie. Lily dawaj masz jeszcze szansę! Możesz uciec. Jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. To nic by nie dało. Wszyscy dobrze wiemy, że naprawdę dręczy mnie depresja. Chciałabym być „zdrowa na umyśle. Umieściłam to cudzysłowie bo tak naprawdę nie ma człowieka zdrowego. Każdy ma takie małe...uszkodzenie. Zatrzymałam się z rodzicami w recepcji. Za recepcja siedziała starsza może siedemdziesięcioletnia kobieta. Miała białe włosy skręcone w koka. Jej twarz wskazywała na jej wiek, była pokryta wieloma zmarszczkami. Wyglądała zwyczajnie, ale jej oczy były takie duże i zielone. Kryły w sobie tajemnice. Pierwszy raz od bardzo dawna uważałam coś za piękne. Uśmiechnęła się do mnie współczująco gdy zauważyła, że trzymam walizki.

-Dzień dobry.-powiedział do niej mój ojciec.-Dzwoniliśmy do pani i zapisaliśmy na odział depresyjny Lily Gonzales.-kobieta znów spojrzała na mnie. Pewnie pomyślała sobie że jestem na to za młoda i świat jest niesprawiedliwy. Lekko wykrzywiłam do niej kąciki ust, a ona uśmiechnęła się do mnie blado. Lubię starszych ludzi, nie zadają głupich pytań. Wiedzą kiedy cierpimy,a kiedy jesteśmy szczęśliwi nad życie. Swoje przeżyli i zdają sobie sprawę z tego kiedy należy przestać o czymś mówić, czy wypytywać. Wiedziałam, ze to pewnie będzie jedyna miła osoba w tym miejscu miałam nadzieję, że będę mogła z nią czasem pogadać.

-Dzień dobry. Tak powiadomiono mnie. Skarbie czwarte piętro pokój osiemnasty. Jak nie będziesz mogła znaleźć spytaj kogoś ludzie tu są bardzo mili.-podała mi zielone kluczyki z napisem „Nr 18”.
-Dziękuję pani...
-Heleno.-dokończyła za mnie.
-Heleno.-wyszeptałam pod nosem by zapamiętać. Nawet się nie odwróciłam kiedy rodzice chcieli się pożegnać. Nie miałam na to ochoty. A poza tym według mnie to bez sensu. Żegnać powinno się z kimś wtedy kiedy już się nie zobaczy. Może oni cię już nigdy nie zechcą? Nie pomyślałaś o tym Lily? Moja podświadomość dała o sobie przypomnieć w jak zwykle niemiły sposób. A bo wy się nie znacie. Moja druga ja. Mówię na nią skaza. Choć czasem się zastanawiam czy to ona nie jest prawdziwa Lili Gonzales....

Na moje szczęście budynek był zaopatrzony w windę. Wcisnęłam czwarte piętro jak powiedział pani Helena. Żelazne drzwi windy się rozsunęły. A ja nie miałam pojęcia nawet w która stronę pójść. Każdy tu wydawał się jakiś obłąkany Wyglądali jak wrak człowieka. Taki żywy trup. Są ciała, ale człowiek już z nich uleciał. Czy ja też się tak zachowuję? Chodzę bez celu po pokoju? Do nikogo się nie odzywam? Nie zdawałam sobie sprawy jak się zachowuję do teraz. Rzadko kiedy wystawiałam nos poza pokój. To wydawało mi się zbędne. I nadal mi się takie wydaje. Dla kogo mam stamtąd wychodzić? Dla rodziców którzy mnie nie chcą, dla przyjaciół którzy nie istnieją? Czy może dla psa którego nie mam?

Na przeciwko mnie siedział chłopak. Wyglądał na może 17 lat. Miał ciemne, blond włosy postawione delikatnie do góry, malinowe pełne usta w kształcie serca, karmelowe oczy smutnie patrzące w podłogę. Jego ręce gdzie, nie gdzie miały tatuaże. Ubrany był w biała koszulkę z trójkątnym dekoltem i czarne rurki. Na nogach miał supry. Od razu można było poznać, że to Justin Biebier.Kocham jego muzykę, ale nie jestem jego fanką. Nie znam go i taka jest prawda. Człowiek jak człowiek. Czasem zastanawiałam się jak oni sobie radzą. Na każdym kroku zastawieni paparazzi. To jest straszne. Nie mogą spokojnie wyjść na miasto, bo nie mają własnego życia. Ciekawe kiedy ostatnio poszedł z kolegami na imprezę i się zabawił. On nawet nie może wypić tak, by nie wiedział o tym cały świat. W tym momencie wydawał się najbardziej odpowiednią osobą o spytanie się o drogę. Spytałabym się, gdybym miała ochotę z kimkolwiek rozmawiać. Przeszłam obojętnie obok niego. Kątem oka zobaczyłam jak podnosi wzrok znad poniszczonych bransoletek. Były czarne. Na jednej widniał księżyc,a na drugim noc. Wydawało mi się, że na ich tyłach widniały napisy, ale odległość była zbyt duża by je odczytać.

czytasz = komentujesz



2 komentarze:

  1. Podoba mi się jak określiłaś, a raczej nazwałaś jej drugie oblicze- skaza. Że też ja na to nie wpadłam! Zapowiada się naprawdę nieźle! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję Skaza nie była trudna do wymyślenia. Ona już istniała.Wystarczyło tylko przerzucić ją na papier ;)

      Usuń