czytasz = komentujesz
Oczami Lily
Nie
odzywałam się do nich od wczoraj. Właśnie wysiadam z samochodu i
stojąc przed budynkiem o nazwie " zakład psychiatryczny"
i wiecie co? Czuje się jak kompletny świr. Ścisnęłam w ręce
moje walizki zamykam w oczy.
Chcę się obudzić no dalej. Lily dawaj obudź się! Modliłam
się w myślach. Poczułam męską dłoń pomiędzy łopatkami lekko
popychającą mnie do przodu. Wypuściłam głośno powietrze i
ruszyłam przed siebie. Lily
dawaj masz jeszcze szansę! Możesz uciec.
Jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. To nic by nie dało. Wszyscy
dobrze wiemy, że naprawdę dręczy mnie depresja. Chciałabym być
„zdrowa na umyśle. Umieściłam to cudzysłowie bo tak naprawdę
nie ma człowieka zdrowego. Każdy ma takie małe...uszkodzenie.
Zatrzymałam się z rodzicami w recepcji. Za recepcja siedziała
starsza może siedemdziesięcioletnia kobieta. Miała białe włosy
skręcone w koka. Jej twarz wskazywała na jej wiek, była pokryta
wieloma zmarszczkami. Wyglądała zwyczajnie, ale jej oczy były
takie duże i zielone. Kryły w sobie tajemnice. Pierwszy raz od
bardzo dawna uważałam coś za piękne. Uśmiechnęła się do mnie
współczująco gdy zauważyła, że trzymam walizki.
-Dzień
dobry.-powiedział do niej mój ojciec.-Dzwoniliśmy do pani i
zapisaliśmy na odział depresyjny Lily Gonzales.-kobieta znów
spojrzała na mnie. Pewnie pomyślała sobie że jestem na to za
młoda i świat jest niesprawiedliwy. Lekko wykrzywiłam do niej
kąciki ust, a ona uśmiechnęła się do mnie blado. Lubię
starszych ludzi, nie zadają głupich pytań. Wiedzą kiedy
cierpimy,a kiedy jesteśmy szczęśliwi nad życie. Swoje przeżyli i
zdają sobie sprawę z tego kiedy należy przestać o czymś mówić,
czy wypytywać. Wiedziałam, ze to pewnie będzie jedyna miła osoba
w tym miejscu miałam nadzieję, że będę mogła z nią czasem
pogadać.
-Dzień dobry.
Tak powiadomiono mnie. Skarbie czwarte piętro pokój osiemnasty. Jak
nie będziesz mogła znaleźć spytaj kogoś ludzie tu są bardzo
mili.-podała mi zielone kluczyki z napisem „Nr 18”.
-Dziękuję
pani...
-Heleno.-dokończyła
za mnie.
-Heleno.-wyszeptałam
pod nosem by zapamiętać. Nawet się nie odwróciłam kiedy rodzice
chcieli się pożegnać. Nie miałam na to ochoty. A poza tym według
mnie to bez sensu. Żegnać powinno się z kimś wtedy kiedy już się
nie zobaczy. Może oni cię już nigdy nie zechcą? Nie pomyślałaś
o tym Lily? Moja podświadomość dała o sobie przypomnieć w
jak zwykle niemiły sposób. A bo wy się nie znacie. Moja druga ja.
Mówię na nią skaza. Choć czasem się zastanawiam czy to ona nie
jest prawdziwa Lili Gonzales....
Na moje szczęście
budynek był zaopatrzony w windę. Wcisnęłam czwarte piętro jak
powiedział pani Helena. Żelazne drzwi windy się rozsunęły. A ja
nie miałam pojęcia nawet w która stronę pójść. Każdy tu
wydawał się jakiś obłąkany Wyglądali jak wrak człowieka. Taki
żywy trup. Są ciała, ale człowiek już z nich uleciał. Czy ja
też się tak zachowuję? Chodzę bez celu po pokoju? Do nikogo się
nie odzywam? Nie zdawałam sobie sprawy jak się zachowuję do teraz.
Rzadko kiedy wystawiałam nos poza pokój. To wydawało mi się
zbędne. I nadal mi się takie wydaje. Dla kogo mam stamtąd
wychodzić? Dla rodziców którzy mnie nie chcą, dla przyjaciół
którzy nie istnieją? Czy może dla psa którego nie mam?
Na przeciwko mnie
siedział chłopak. Wyglądał na może 17 lat. Miał ciemne, blond
włosy postawione delikatnie do góry, malinowe pełne usta w
kształcie serca, karmelowe oczy smutnie patrzące w podłogę. Jego
ręce gdzie, nie gdzie miały tatuaże. Ubrany był w biała koszulkę
z trójkątnym dekoltem i czarne rurki. Na nogach miał supry. Od
razu można było poznać, że to Justin Biebier.Kocham jego muzykę, ale nie jestem jego fanką. Nie znam go i taka jest prawda. Człowiek jak człowiek. Czasem
zastanawiałam się jak oni sobie radzą. Na każdym kroku zastawieni
paparazzi. To jest straszne. Nie mogą spokojnie wyjść na miasto,
bo nie mają własnego życia. Ciekawe kiedy ostatnio poszedł z
kolegami na imprezę i się zabawił. On nawet nie może wypić tak,
by nie wiedział o tym cały świat. W tym momencie wydawał się
najbardziej odpowiednią osobą o spytanie się o drogę. Spytałabym
się, gdybym miała ochotę z kimkolwiek rozmawiać. Przeszłam
obojętnie obok niego. Kątem oka zobaczyłam jak podnosi wzrok znad
poniszczonych bransoletek. Były czarne. Na jednej widniał księżyc,a
na drugim noc. Wydawało mi się, że na ich tyłach widniały
napisy, ale odległość była zbyt duża by je odczytać.
Podoba mi się jak określiłaś, a raczej nazwałaś jej drugie oblicze- skaza. Że też ja na to nie wpadłam! Zapowiada się naprawdę nieźle! ;)
OdpowiedzUsuńdziękuję Skaza nie była trudna do wymyślenia. Ona już istniała.Wystarczyło tylko przerzucić ją na papier ;)
Usuń