czytasz = komentujesz
Od trzech dni snułam się
między korytarzami ośrodka. Przyzwyczajenie do tego miejsca jest
wręcz, niemożliwe. Choć zapach i otaczająca mnie inność stała
się już mniej przytłaczająca, to nadal nienawidzę tego budynku.
Nienawidzę ludzi, nienawidzę jedzenia, nienawidzę zajęć,
nienawidzę Dana. Chcę wrócić do domu. Te rozmowy i sytuacja wcale
mi nie pomaga. Mam dość tego, że nie mogę sama wyjść jak
kiedyś. W środku nocy, napawać ciszą i spokojem. Przemyślenia są
mi tu wiecznie przerywane. Dan wciąż jest obok, mimo że nic nie
mówię.
Strach w tym momencie
ogarniał mnie w całości. Jednak w pewnym stopniu byłam
szczęśliwa. Justin dziś rano został znaleziony przy jednej ze
stacji benzynowych. Szedł sam , a Helena wracając do domu prawie go
potrąciła. Był nieobecny. Szurał jedną nogę za drugą. Deszcz
przemoczył go do suchej nitki. Właśnie szykowałam się na
odwiedzenie go. Na razie rozmawiał z mamą. Krzyki było słychać,
aż tu. Jak sądzę krzyczała jego mama, a huk roznosił się po
całym holu.
Nie rozumiała go. Nie
wiedziała jak to jest spędzić tu choć jeden dzień. Nie znała
naszego bólu i cierpienia. Sądziła, że zna syna najlepiej, ale
chyba nawet ja wiedziałam o nim więcej. Specjalnie na spotkanie z
nim ubrałam się lepiej. Lepiej.. po prostu przebrałam się z
starych dresów i bluzy przez głowę. Moje nogi oplatały ciasne
rurki w kolorze ciemnej zieleni, a na to zarzuciłam bokserkę i
szarą marynarkę. Dla ukrycia nieprzespanej nocy nałożyłam
podkład i przećwiczyłam uśmiech, którym spróbuję obdarzyć go
na wejściu. Myślałam co mu powiem. Zawsze byłam oschła i nie
miała. Jednak chciałam to naprawić.
-Hej Justin jak się
czujesz?-pokręciłam głową wiedząc, że użyłam złego tonu.-
Cześć, dawno się nie widzieliśmy.-z frustracji przeczesałam rude
włosy rękoma i wypuściłam zdenerwowana powietrze.
-Zapowiada się ciężka
rozmowa, co?-kojący głos starszej kobiety dotarł do moich uszu.
Pokiwałam głową patrząc na nią w lustrze.- Nie martw się jak
cię zobaczy to i tak odejmie mu mowę.- podeszłą do mnie i
poprawiła mi kołnierz od marynarki. Rozbiła jeden guzik na którym
trzymała się cała narzuta. Teraz byłam odkryta. Nie powiem
wyglądałam o niebo lepiej. Uśmiechnęłam się do kobiety.
-Czy jego mama już
wyszła? Mogę wejść czy ktoś jeszcze będzie wchodził?-
odwróciłam się, wiedząc, że jak nie dziś to nigdy.
-Jego mam kończy swoje
krzyki...-zaśmiała się krótko.-Zaraz będziesz mogła wejść.
Choć pójdziemy już pod drzwi.
Idąc pod salę nerwowo
poprawiałam włosy. Denerwowała mnie moja marynarka gdyż dopiero
przed salą zorientowałam się, iż ma ona krótki rękaw. Nasunęłam
bransoletki tak by choć w większej części zasłaniały blizny. Co
prawda opiekunowie wiedzieli o moich szramach, ale po co miał
wiedzieć Juss? To wstydliwy temat. Nie krępujący czy bolesny, bo
robiłam to już z przyzwyczajenia nie z powodu pokusy. Tak głupio,
by mi było gdyby zobaczył jaka jestem słaba..
Helena zapukała do
drzwi. Otworzyła je kobieta w średnim wieku. Była dość ładna
jak na swój wiek jednak nic specjalnego. Brązowe włosy i nie za
wysoki wzrost. Spojrzałam dalej. Tyłam na łóżku siedział mój
cel. Kiedy byłam wyłączona i podziwiałam jego nieskazitelną
posturę, zauważyłam, że kobieta wciąż wrzeszczy.
-...Jesteś nic nie
wdzięcznym bachorem! Masz wszystko czego chciałeś. Sławę,
pieniądze i talent! Czego ci do cholery jeszcze brakuje..?!
-Miłości.
Zainteresowania ze strony innych i zrozumienia.-Wymamrotałam pod
nosem. Kobieta obdarzyła mnie zdziwionym spojrzeniem jakby wcześniej
mnie nie zauważyła. Jak pewnie było.-Odpoczynku i chwili spokoju.
To tak dużo?-spojrzałam na Justina, który miała wzrok wlepiony we
mnie.- Myśli pani, że tym krzykiem przywróci w nim pani radość i
szczęście? Wątpię. Zamiast wyżywać się na nim niech pani
zastanowi się nad sobą.-skończyłam wywód i uśmiechnęłam się
lekko do Justin. On lekko oszołomiony odwzajemnił to po krótkiej
chwili. Był to jednak uśmiech przepełniony smutkiem.
-A ty kim niby jesteś?
Jakaś gówniara będzie mi mówić jak wychowywać mojego syna.
Jesteś zbyt wielką małolatom by wiedzieć coś o życiu.-prychnęła
i mordowała mnie wzrokiem.
-Naprawdę? A pani ile
przeżyła. Skąd może pani wiedzieć co ja wiem o tym cholernym
życiu. Powiem pani. Wiem dużo. Wiem jaki jest okrutny. Wiem do
czego nas doprowadzi. A pani widocznie nie. Może nie jestem zbyt
dorosła, ale niech mi pani wierzy na słowo, wiem co to znaczy
nieszczęście.
-Błagam, co ty dziecko
mówisz? Jesteś jeszcze na poziomie chłopaków i ploteczek
szkolnych.- wywróciła oczami i chciała się obrócić. Złość
buzowała we mnie tak bardzo, że wybuchłam sama nie zdając sobie z
tego sprawy. Chwyciłam ją za rami i odwróciłam do siebie.
-Na poziomie chłopaków
i ploteczek szkolnych? Przepraszam ale musiałam zbyt szybko dorosnąć
by przejść ten etap. Niech pani sobie do cholery wyobrazi, że
niektórzy nie maja tyle czasu by przejmować się tymi rzeczami.
Mają za mało czasu na cokolwiek. Umierają, mogąc odliczać dni.
Wiem pani co? Mam raka i za 2 lata odejdę. Zabawne prawda? Ale
przecież ja nic do kurwy nie wiem co to życie!-mój krzyk zamienił
się w szloch. Zaczęłam szarpać kobieta. Słyszałam tylko
zaburzone głosy. Helena mówiła coś do mnie jednak miałam to
gdzieś. Kobieta wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem i
zdziwieniem. Może było jej głupio, może nie. Nie obchodziło mnie
to. Moja złość była zbyt silna. Moje ramiona zostały zatrzymane.
Moje ciało od razu uspokoiło się gdy wyczuło zapach chłopaka za
mną. Justin..
czytasz = komentujesz


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz